pracownia Bogumiła Książka

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie z Bogumiłem Książkiem rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Jesteś malarzem, więc zaczniemy naszą (...)

z Bogumiłem Książkiem rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Jesteś malarzem, więc zaczniemy naszą rozmowę od może dość oczywistego pytania: czym dla Ciebie jest to właśnie medium?

B.K.: Sławomir Karpowicz, mój profesor, powtarzał, że malarzem się bywa. Podziwialiśmy te „malarskie momenty”, oglądając jego fantastyczne obrazy. Dla mnie malarstwo stwarza okazje do bycia w samotności, bo rozprasza mnie towarzystwo. Dzięki malarstwu na powrót się odnajduję.

A.J.M.: Czy doświadczenia biograficzne mają wpływ na Twoją praktykę artystyczną?

B.K.: Przesądzają o wszystkim. Nie byłbym wstanie działać inaczej. Ktoś kiedyś powiedział, że widok z okna z dzieciństwa rzutuje później na twórczość malarza. Ja dorastałem na balkonie, z którego widać było Wisłę, Tatry, Kopiec Kościuszki i Kopiec Kraka oraz – wychylając się za róg
–  Wawel.

Spędziłem dzieciństwo na swoistej wyspie. Wychowałem się na krakowskim Salwatorze. Domy na Wzgórzu bł. Bronisławy mężnie opierały się szarej beznadziei PRL, zrzucając co najwyżej co jakiś czas kawałek gzymsu, niczym uciekająca jaszczurka porzuca ogon. Zamiast codziennością żyło się w świecie salwatorskich opowieści, historii takich jak ta o Leninie, który z ul. Królowej Jadwigi przychodził na Salwator, do naszych sąsiadów, cerować skarpetki i przyszywać guziki; o wizycie słynnego jasnowidza Stefana Ossowieckiego u mojego pradziadka. O samym pradziadku, dramaturgu, który jako gruźlik, cudem utrzymujący się przy życiu, zużywał do przeciwpotnych ablucji litr wody kolońskiej dziennie, o wystawianiu dziecięcych interpretacji jego sztuk na werandzie pod nr 10, nim trafiały na deski polskich teatrów.

Bawiliśmy się w Indian w ogrodzie projektowanym przez Mehoffera i utrzymywanym w rozkwicie przez moją babkę Babosię, postrach wszystkich dzieci i dorosłych, którzy kiedyś byli salwatorskimi dziećmi. Pojawiali się też inni dorośli, którzy Babosi się nie bali – starsze panie przybywające z Toronto, Australii czy Tel Awiwu na herbatę na werandzie,  żydowskie podopieczne mojej babki, niegdyś przedszkolanki z wojennego przedszkola sióstr Niepokalanek. A my tymczasem zakradaliśmy się do ogrodu willi generała, gdzie w pokrzywach dokonywała żywota gestapowska limuzyna. Bawili się u Witka przy ul. Anczyca, w pokoju, w którym zmarł Jacek Malczewski, u Bartka pili Kryniczankę z sokiem malinowym, w mieszkaniu, które architekt Bandurski podobno projektował jako kasyno gry, i słuchali opowieści babki Bartka, wdowy po węgierskim lotniku z Dywizjonu 303.

Jednak widok z balkonu peerelowskiej nadbudowy rodziców nad willą pradziadka, skąd widać Wawel, Tatry, Wisłę i kopce, to nie był ani nie jest widok prawdziwej Polski. Przekonywałem się o tym boleśnie jako dziecko, uczeń szkoły podstawowej im. Jurija Gagarina, a i teraz, jak stanę na balkonie mamy, to nachodzą mnie takie myśli i mam wrażenie, że oglądam scenografię. Ta scenografia coraz częściej wypełnia moje myślenie o malarstwie.

A.J.M.: Opowiedz o swoich inspiracjach spoza sztuk wizualnych, bo wiem, że ważne są dla Ciebie tematy zanurzone w historii, kulturze…?

B.K.: Skoro kultura jest destylatem z życia, to musi uderzać do głowy. Cenię momenty, gdy to, co odnotowane w obrazie, legendzie czy książce, daje znać o sobie w tzw. prawdziwym życiu. Posłużę się przykładem słowiańskości. Znamy zjawisko współczesnych neopogan – to mnie nie bierze. Ale pamiętam ostatnich prawdziwych pogan, wyrostków z kieleckiej wsi, którzy nawet nie wiedzieli, że są poganami, gdy palili w noc św. Jana opony od traktora. Były lata 90., w tym tłustym dymie unosiły się stare piastowskie duchy. Wzbudzało to we mnie, czytającego wówczas Mitologię Słowian Aleksandra Gieysztora, ambiwalencję. Oczywiście był jeszcze magnetofon kasprzak i kasety disco polo. Rozumiałem to jako zjawisko etnologiczne, ale wolałbym podziwiać zmurszałe i milczące słowiańskie głazy niż popijać piwo przy tamtym ogniu. Ale to była właśnie nasza przeszłość, jawiąca się w naszej współczesności. Dlatego robią na mnie wrażenie czarne marsze i nocne ekshumacje. To jak ze Starej Baśni Kraszewskiego, iści się polskość, słowiańskość. Na świecie podobnie: Indianie są nadal Indianami, a Aborygeni Aborygenami, Polacy nadal są Polakami. Wszyscy piją i pielęgnują dawną wielkość tak jak potrafią, tak jak pozwala im na to współczesność. A ja zrozumiałem wreszcie, że to i tak dużo, że dane mi jest to oglądać.

W codzienności dostrzegam obecność mitu, opowieści, jak wtedy gdy leżeliśmy sobie całą grupą w pewien upalny dzień na skałach Porto Badisco. Na przeciw nas rozpościerał się przymglony brzeg Albanii, a mój przyjaciel Andrea w pewnym momencie powiedział: „A wiesz, że właśnie tu wylądował Eneasz? Masz to u Wergilego”.

Nie wiedziałem, ale od razu to zobaczyłem: statek trojańskich uchodźców wpłynął powoli o poranku pomiędzy kryjące Porto Badisco skały. Kompani Eneasza wysiedli na brzeg, ubrali kąpielówki i teraz kąpią się i wygrzewają wokół w słońcu. Tamta wyimaginowana scena tak silnie na mnie oddziałała, że malowałem cykl poświęcony Eneidzie przez kilka lat, przedstawiając właśnie plaże i ludzi w morzu.

Inny cykl malarski, poświęcony filozofowi abnegatowi Diogenesowi, wynikł z mojej fascynacji ostatnim polskim, co oznacza krakowskim, hipisem (bo po tej stronie żelaznej kurtyny było tylko parunastu hipisów, właśnie u nas w Krakowie).

Przez pierwsze dwa lata z dystansu niemal śledziłem wyniosłego białowłosego „dredziarza”, jeżdżącego po Krakowie na oklep na białym koniu. Ludzie o niego zapytani albo robili wielkie oczy i patrzyli na mnie jak na wariata, albo  odpowiadali: „Oczywiście, widziałem: siwowłosy dredziarz na białym koniu! Wypasa ostatnio konie pod Wawelem”. Nazwałem go Diogenesem. Wreszcie ktoś dał mi do niego numer komórki i zdradził, że tak naprawdę to nazywa się Hermes… Gdy spotkaliśmy się w Tyńcu, on grabił siano dla swoich koni.

Namalowałem go leżącego na plantach, a nad nim improwizację na temat pitagorejskiej dziesiątki. Tytuł brzmiał: Diogenes usiłuje policzyć do 10.

A.J.M.: Czy traktujesz swoją twórczość jako przynależną do jakiegoś nurtu w sztuce współczesnej? Z jakimi artystami odczuwasz „pokrewieństwo”? A może łatwiej byłoby Ci odpowiedzieć na pytanie, z kim chciałbyś mieć wystawę?

B.K.: Do nurtu – nie, ale są takie momenty, gdy w dalekich stronach, w potoku obcej mowy usłyszymy jakby nasze, jakby znane słowo. Tak też bywa z malarstwem. Wydaje mi się, że mój język malarski jest współczesny, ale nurtu wokół nie dostrzegam. Wielu artystów, w szczególności tych młodszych, eksploruje własne zamknięte światy, zamykając się na otaczającą ich rzeczywistość. Wielu z nich inspiruje się w bardzo wyrazisty sposób malarskimi dokonaniami konkretnych autorów sprzed lat, rekonstruując niejako te wyimki z historii sztuki. Ale robią to, wypreparowując tamte zjawiska z tamtych kontekstów. Taka monadyczna forma bycia.

Jerzy Panek powiedział mi kiedyś, że artysta powinien widzieć jak nienormalny, wszystko naraz. Miał rację.

Lubię i interesuję się twórczością Bogusława Bachorczyka. Cenię i podziwiam malarstwo Rafała Bujnowskiego, Jakuba Ziółkowskiego. Jest wielu malarzy współczesnych, którzy mi się bardzo podobają, ale to temat na dłuższa rozmowę.

A.J.M.: Jakie ryzyko jesteś gotowy podjąć dla swojej sztuki? A może już je podjąłeś?

B.K.: Ryzyko, na własne życzenie, podejmuję co dzień, wyciskając tubę z farbą. Miałem taki epizod na studiach: w wyniku szoku anafilaktycznego doświadczyłem chwilowej utraty wzroku. Wtedy wzbudziło to we mnie gwałtowne i niezapomniane uczucia, a dramat tamtych chwil przeżywałem, zdając sobie sprawę że byłem malarzem, a teraz jestem ślepy, jak mi się wówczas zdawało, na zawsze. Oczywiście przyjechało pogotowie i mnie reanimowali. Trwało to minuty, a mnie te chwile wydawały się wiecznością. Gdy odzyskałem na intensywnej terapii świadomość, nie cieszyłem się z odzyskanego życia, tylko z odzyskanego świata widzialnego. Nie podjąłem wtedy ryzyka; ale w ryzykownych okolicznościach śmierci klinicznej byłem malarzem.

A.J.M.: Czy studio/pracownia jest równocześnie Twoim domem, czy preferujesz rozdzielenie tych dwóch miejsc?

B.K.: Malowałem w domu i nie mam zamiaru do tego wracać. Pracownia to osobna przegródka w głowie, i niech tak też będzie w realu. Pracownia-samotnia.

A.J.M.: Czy prowadzisz politykę otwartych drzwi? Chętnie witasz gości w pracowni? Czy może traktujesz pracownię jako swoje sanktuarium?

B.K.: Tak, prowadzę politykę otwartych drzwi. Sanktuarium nie. Ale tu jest mój biegun. Gdy malowałem w domu, gubiłem się w sytuacji: gospodarz, ojciec, mąż, malarz. Tu tego nie ma, dlatego gości się nie obawiam.

A.J.M.: Czy praktykujesz jakieś specjalne „rytuały” w pracowni?

B.K.: Kawa-hamak-muzyka to trójca, która nade mną czuwa każdego dnia, w adekwatnych proporcjach. Nie można pić w nieskończoność kawy, trzeba uważać z muzyką, a hamak-sen jest dla mnie istotnym źródłem pomysłów, ale nie ten kwadransik w pracowni.

A.J.M.: Motto? Ulubione powiedzenie?

B.K.: Jeśli nie możesz czegoś powiedzieć ani napisać, to namaluj to. Albo zamaluj 😉