pracownia Mateusza Otręby

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie pracownia Mateusza Otręby Z Mateuszem Otrębą rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Czy dorastanie (...)

pracownia Mateusza Otręby

Z Mateuszem Otrębą rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Czy dorastanie w artystycznym domu (obydwoje rodzice byli artystami) miało wpływ na wybór Twojej drogi życiowej?

M.O.: Tak, na pewno było ważne. Jak każde dziecko chętnie rysowałem, cieszyło mnie to, ale nie poszedłem do liceum plastycznego, tylko do ogólniaka. Dopiero w klasie maturalnej podjąłem decyzję, że chcę spróbować dostać się na grafikę. Ale wychowywałem się w pracowni ojca, to było fantastyczne miejsce w centrum Krakowa, mieszczące się przy ul. św. Krzyża. Prawie bez przerwy ktoś nas odwiedzał, przychodzili tam znajomi, bez zapowiedzi artyści wpadali na kawę. To zresztą były takie czasy, lata osiemdziesiąte, głęboka komuna, a życie towarzyskie kwitło.

A.J.M.: Obserwowałeś rodziców przy pracy?

M.O.: Pracownia była w pokoju, w którym spaliśmy z bratem. Była też miejscem spotkań wielu znajomych twórców. Wszyscy razem działali artystycznie i organizacyjnie, no bo to były czasy intensywnego rozwoju biennale grafiki i wielu inicjatyw oraz projektów wystaw zagranicznych. Pojawiali się goście zza granicy i, pamiętam, mama ich zawsze uprzejmie pytała: „Tea or coffee”? Ja się z nimi także grzecznie witałem i jak najszybciej uciekałem. Z drugiej strony podobali mi się ci goście, z Ameryki, Australii i innych części świata, ciekawe typy, którzy rozwijali swoje prace na podłodze i zażarcie ze sobą dyskutowali.

Lubiłem też zapach benzyny, farby drukarskiej, nitra, szelaku. Pewnie te specyfiki gdzieś we mnie zostały, przesiąkłem nimi :). Cudownie było także słuchać, jak tata odbija gipsoryty, ten charakterystyczny odgłos do dzisiaj pamiętam. Pamiętam też wizyty moich kolegów z klasy, zachwyconych, że nad naszymi głowami suszą się grafiki, a na nich przedstawione są, jak wówczas mówiliśmy, „gołe baby”, to dopiero było przeżycie!

A.J.M.: Dyplom zrobiłeś w pracowni wklęsłodruku, na krakowskiej grafice?

M.O.: Tak, niby oficjalnie u prof. Andrzeja Pietscha, ale najbardziej mi pomagał Heniu Ożóg. Grafika i cały proces z jej wytworzeniem to magia. Wielostopniowość procesu twórczego wymaga ciągłego skupienia twórczego i warsztatowego. Można tym żonglować, jak jedno cię znudzi, możesz zająć się czymś innym, na przykład polerowaniem blachy. I wtedy zaczynasz myśleć, co powstanie na tej matrycy. Nieskończony proces napędzających się zdarzeń.

A.J.M.: Ale od grafiki odszedłeś i zajmujesz się przede wszystkim rysunkiem…

M.O.: Wracam czasami do grafiki, ale najbardziej pociąga mnie autentyzm rysunku, bezpośredniość zapisu. Grafika jest czasami bardziej spekulatywna – przez długotrwały proces tworzenia jest w niej mniej emocji. Ale ona też ma swoją moc i urok. Lubię akwafortę, trawienie, aż mnie czasem kręci w nosie :), no i ta technika bywa niekiedy trochę przypadkowa, „wyżre” tam, gdzie tego do końca nie planowaliśmy. Lubię też fizyczny aspekt pracy. Gdy tnę drzeworyt, lubię się po prostu zmęczyć. Podobnie jest z rysunkiem, chociaż czasami z drugiej strony chciałbym się czuć zrelaksowany po pracy, wypoczęty, ale to nie jest możliwe.

A.J.M.: A jak wygląda Twój proces tworzenia rysunków?

M.O.: Wszystko się zaczyna od jakiegoś quasiplanu. Czasem jest to jakiś rysunek malutki, który coś mi mówi i za którym podążam dalej. Inspiracją jest jakieś hasło, tekst, czasami przypowieść, na przykład biblijna. To impuls, który w sferze wizualnej jest niewidoczny.

A.J.M.: To co Cię inspiruje?

M.O.: Przede wszystkim literatura. Wybiórcze zdania, opisy, sytuacje. Ostatnio zaczytuję się w fińskim pisarzu Arto Paasilinnie, uwielbiam także Ota Pavela.Nie ukrywam, że na pewno podświadomie wpływają na mnie inni artyści, nie żyjemy przecież w próżni. Ale kiedy przychodzę do pracowni, to ta biała kartka jest moją inspiracją i wyzwaniem zarazem. Wtedy zaczynam rysować i nigdy nie kończę, to znaczy zwykle nie udaje mi się zrobić rysunku w jeden dzień. Odkładam go i wracam przez kolejne dni. Przyglądam mu się, myślę, czasem robię mu zdjęcia, niekiedy na niego coś wylewam, destruuję, niszczę, potem zostawiam i czekam. To jest wyświechtane powiedzenie, że trochę zdaję się na przypadek, bo w nim tkwi nieodkryte piękno i niespodzianka dalszych działań. Zawsze staram się pracować równolegle nad kilkoma rysunkami.

A.J.M.: Wykorzystujesz swoje prace powtórnie?

M.O.: Tak, jak mi jakieś grafiki nie wyszły, to je pociąłem i zacząłem na nich rysować.

A.J.M.: A czym ty rysujesz? Ołówkiem, węglem, piórkiem?

M.O.: Tym wszystkim, co wymieniłaś. Ale też palcem, rozmazuję farbę, sproszkowany węgiel. Podoba mi się warstwowość, nakładanie się, przenikanie się rysunków i starych, pociętych fragmentów innych, wcześniejszych prac.

A.J.M.: Masz jakieś stałe rytuały pracowniane?

M.O.: Gdy pracuję, to słucham muzyki na full, bardzo głośno, ale mam słuchawki :). Wprowadzam się w rodzaj transu, chociaż to może za mocno powiedziałem, po prostu odcinam się od świata zewnętrznego. I zauważyłem, że przychodzi taki moment, gdy słucham tej muzyki, że jakbym jej nie słyszał. Odcinam się od wszystkich bodźców… Skąd się to wzięło? Kiedyś pracownię współdzieliłem z moim tatą. Wprawdzie tata siedział przy komputerze, już nie odbijał grafik, nie miał siły, skupił się wtedy na grafice cyfrowej, ale ja potrzebowałem wtedy „odcięcia” od tego, co się dzieje w pracowni, także od jego obecności.

A.J.M.: Czy to jest Twoja pierwsza pracownia?

M.O.: Nie, wcześniej pracowałem w pracowni, o której Ci opowiadałem, mieszczącej się przy ul. św. Krzyża, i tam było dużo miejsca, jakieś 230 metrów czy więcej, wynajmowane przez rodziców. Gdy byłem studentem, miałem tam swój pokój i w nim działałem. Dużo prac powstawało też w siedzibie wydziału grafiki, która wtedy mieściła się na Humberta.

A.J.M.: A jaka Twoim zdaniem powinna być idealna pracownia? Gdybyś wygrał w totka, zostałbyś tutaj czy szukałbyś jakiegoś nowego miejsca?

M.O.: Pracownia idealna to taka, która znajduje się blisko domu, żeby nie marnować czasu na dojście do niej. Przyznam, że zadałaś mi trudne pytanie, bo nigdy aż tak nie marzyłem, znając trochę realia tego świata. Może większa? Dla mnie ważne jest, żeby wyjść z domu, nie pracować w domu. Oddzielić te dwa światy: pracy i życia osobistego, prywatnego, rodzinnego.

A.J.M.: Czy jako artysta dojrzały wciąż interesujesz się tym, co robią inni artyści?

M.O.: Coraz bardziej. Jestem zachwycony działaniem człowieka w sztuce. Wydaje mi się, że to coś rzeczywiście niesamowitego. To znaczy, jak chodzę po muzeach, to coraz bardziej kocham artystów. Starych, młodych, najmłodszych. Coraz więcej mi się prac podoba. Lubię przyglądać się pracy artystów, którzy tworzyli do późnej starości. Hockney, staruszek, już nie do końca sprawny, z plamami starczymi na rękach, a wciąż tworzy, to znaczy zmarł kilka dni temu i już nie, ale jego witalność była naprawdę niesamowita! Oddanie sztuce. Prawdziwy artysta. Rzadko kogoś zresztą nazywam artystą. To określenie trochę się zdewaluowało. A już określenie artysta wizualny mnie trochę irytuje.

A.J.M.: „Artysta plastyk” z kolei pachnie komuną…

MO: No ale jest śmieszne przynajmniej. Ja o sobie mówię raczej rysownik, grafik. Tak, może moja niechęć do określania się artystą wynika z mojej przeszłości, bo do pracowni rodziców przychodzili artyści umocowani w historii naszej sztuki. Może to jest kompleks mój, nie wiem. Ale oczywiście nie mam pretensji do nikogo, że się artystą nazywa. To fajnie, jeśli się nim czuje, to znaczy, że tak jest. Ale wracając do tych inspiracji, rzeczywiście cały czas fascynuje mnie, co robią inni. Dzisiaj pomaga w tym Instagram. Pytanie, czy przetrwa to próbę czasu…

A.J.M.: Jak ważna jest dla Ciebie praca dydaktyczna?

M.O.: Bardzo ją lubię. Kontakt z młodymi ludźmi bywa inspirujący, chociaż nie lubię nadmiernego skracania dystansu. Zawsze jednak dbałem o przyjazną atmosferę na zajęciach i cieszę się, że po latach niektórzy studenci pamiętają moje korekty, wspominają je, gdy się z nimi spotkam.

A.J.M.: Wiem, że chętnie współpracujesz z innymi dydaktykami z uczelni. Nawet stworzyliście kolektyw.

M.O.: Kolektyw akademików :). Trochę, wiesz, zaczęliśmy to robić dla beki, natomiast okazało się, że fajnie nam się pracuje nad wymyślonymi wystawami. Pewnie chodziło o wspólne działanie w kontekście naszego zawodu, czyli tak zwanego dydaktyka. A nasze hasło przewodnie to: Mieć dystans, żeby nie popaść w rutynę.

A.J.M.: A czy może jest taki artysta, z którym chciałbyś zrobić wystawę i dotychczas ci się nie udało?

M.O.: Teraz właśnie pracuję nad wspólną wystawą z Krzysztofem Mętelem z Poznania, Planujemy zrobić wystawę o znoju artysty, o tym, że ciągle wszystko nosimy, sami wbijamy gwoździe, ja mam 55 lat, on ma 33 i nic się nie zmienia. Wciąż zastanawiamy się, jak znaleźć tani nocleg, u kogo za darmo się przekimać? Trochę o brutalnej rzeczywistości, o pracy artysty, zresztą paradoksalnie jest to temat, który ostatnio stał się bardzo modny.

A.J.M.: Czego Ci życzyć?

M.O.: Żebym nie tracił optymizmu. Bo ja wciąż wierzę, że wszystko się zaczyna. I nawet w moim wieku uważam się nadal za artystę początkującego. Gdy staję przed białą kartką, wciąż nim jestem…

A.J.M.: Dziękuję za rozmowę.

Skip to content