pracownia Moniki Drożyńskiej
Anna Stankiewicz Małopolski Instytut Kultury w Krakowie pracownia Moniki Drożyńskiej z Moniką Drożyńską rozmawia Martyna Nowicka M.N.: W trakcie (...)pracownia Moniki Drożyńskiej
z Moniką Drożyńską rozmawia Martyna Nowicka
M.N.: W trakcie niedawnej debaty o wynagrodzeniach dla osób artystycznych, która wywiązała się z związku z dołączeniem przez Bunkier Sztuki i MOCAK do porozumienia wypracowanego przez Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej, wizualnym symbolem stał się Twój haft Praca artystyczna to praca. Jak w takim razie oceniasz, ile roboczogodzin zajmuje Ci haftowanie na przykład takiej wielkoformatowej tkaniny?


M.D.: Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, bo za każdym razem rzecz wygląda trochę inaczej, a poza tym haftuję właściwie bez przerwy, haftuję, bo mam taką potrzebę. Jak myślę sobie, że chciałabym odpocząć, to zwykle odpoczywając też coś pohaftuję. Haftuję z nudów. Czasem haftuję, kiedy powinnam robić coś innego. Boże Narodzenie też przehaftowałam, bo nie mogłam trafić na dobry serial i pomyślałam: skoro miałabym tylko oglądać coś beznadziejnego, to już pohaftuję. Więc siedziałam w domu na kanapie i haftowałam. Prawie skończyłam tę najnowszą tkaninę, czyli Latte capitalizm. Nie liczę tego czasu, a zresztą haftowanie to tylko część mojej pracy, czasem długo też wymyślam, co powinnam wyhaftować, a czasem kolejne hasła pojawiają się same przy pracy nad czymś innym.
Ale praca artystki nie jest związana tylko z robieniem sztuki, to też moim zdaniem kilka innych etatów. Dla mnie, żeby moja sztuka miała sens, musi mieć kontakt z ludźmi, robienie do szuflady mnie nie satysfakcjonuje. Nawiązywanie kontaktu z publicznością to jest gigantyczna praca, a robienie tego na tym poziomie, żeby móc ze sztuki żyć, to kolejny albo nawet trzeci etat. Trzeba prowadzić media społecznościowe, stronę internetową, odpisywać na maile, komunikować się z odbiorcami, z kolekcjonerami, z kuratorami, a potem jeszcze rozliczać podatki. Gigantyczna praca jest też związana z produkcją wystaw. Nie mówię tu tylko o robieniu dzieł na nie, ale też o tym, że koniec końców trzeba przeczytać ten plan galerii, ustalić „na sucho”, co gdzie będzie, skoordynować wszystkie transporty, wypożyczenia, zgrać daty, bo rzadko pracuję w danym momencie tylko nad jednym projektem. To oczywiście nie jest praca, którą wykonuję sama, ale coś, w czym siłą rzeczy uczestniczę.
Do tego dochodzi pisanie wniosków grantowych – dostałam się teraz na konferencję w Cambridge i żeby tam pojechać, muszę aplikować o grant, a w tym celu przejść przez procedurę dołączenia do stowarzyszenia, a potem napisać wniosek. To tylko jedna konferencja, na której będę miała wystąpienie: pomówię o swojej sztuce 20 minut, ale żeby się to wydarzyło, muszę dwa miesiące angażować się w różne działania.




M.N.: Czekaj, czekaj, ale czy dobrze słyszę, że Ty haftujesz w domu? Do czego w takim razie służy Ci pracownia?
M.D.: Żebyśmy się mogły spotkać! W gruncie rzeczy myślę, że pracownia nie jest mi absolutnie niezbędna do samej pracy nad sztuką, ale potrzebuję jej właśnie do tych pozostałych, okołoartystycznych zadań – i oczywiście jako magazynu. We wcześniejszej pracowni miałam wystarczająco dużo miejsca, żeby rozłożyć duże tkaniny, ale już większość pozostałych prac miałam zawiniętą w folię bąbelkową i kiedy ktoś przychodził wybierać prace na wystawę albo sobie kupić, rozpakowywanie i ponowne pakowanie to była dramatyczna ilość roboty. Dopiero tutaj przełożyłam prace do koszulek, nie kurzą się i jest do nich lepszy dostęp.


M.N.: Ile miałaś już pracowni? Czy razem z przeprowadzkami zmieniały się też prace, widać było jakiś wpływ tych miejsc?
M.D.: To jest moja czwarta pracownia. Wprowadziłam się tu niedawno, bo dopiero w październiku. Pamiętam, jak w 2012 roku wynajmowałam pierwszą w Miraculum na Zabłociu, składaliśmy się po 300 złotych i byłam przerażona kosztami. Potem, z przyczyn oczywistych, przeprowadziliśmy się na Szlak, gdzie znów pracownię dzieliłam z innymi ludźmi. Tamta pracownia była bardziej skupiona na rozwoju Złotych Rączek, czyli szkoły haftu, którą założyłam w 2014 roku, a od 2016 roku prowadziłam razem z moimi uczennicami i uczniami jako Kolektyw Złote Rączki. Długi pokój z długim stołem, dużo ludzi, haftowanie – to miejsce było nastawione na wspólne działanie, a ja przy okazji spotykałam się tam z ludźmi, żeby omawiać wystawy i gdzieś po kątach trzymałam swoje prace. To zresztą w mojej praktyce artystycznej nie była nowość – działania aktywistyczne, społeczne były zawsze jej ważną częścią.
Potem przeniosłam się na strych, gdzie miałam więcej miejsca i po raz pierwszy w życiu zero współlokatorów, ale miało to też swoje minusy, wynikające na przykład z niedogrzania. A tu po raz pierwszy nie jestem kątem u kogoś albo pośród innych osób, tylko mam miejsce dla siebie.





M.N.: Czy czujesz, że to jest Twój pierwszy własny pokój?
M.D.: Tak! Bo ja zresztą w domu też nie mam swojej przestrzeni, haftuję głównie w takim swoim miejscu w narożniku kanapy, wszystko tam mam w nitkach. Mamy wspólną sypialnię, nawet szafę mamy wspólną, haftuję w salonie z kuchnią. Wszystko z kimś dzielę, nawet moje sukienki nie mają własnego pokoiku. A tu jak sobie coś porozrzucam, to tylko na siebie się mogę wkurzyć. No i samochód to mój drugi pokój, oczywiście jest zawalony pracami, których nie muszę nosić od razu, tylko mogę je przechowywać.
M.N.: No i Danka ma swoje siedzisko.
M.D.: Właśnie, Danka ma swoje siedzisko. Więc mamy dwa nowe pokoje, mamy, bo Danka jest prawie zawsze ze mną, to moja ukochana przyjaciółka.


M.N.: A czy coś się zmieniło w Twojej pracy, od kiedy Danka do Ciebie dołączyła?
M.D.: Wiesz, na pewno spacery z Danką to coś, co sprawia mi największą radość w ciągu dnia, zwłaszcza jak idziemy do lasu albo jedziemy nad rzekę. I w ogóle jestem szczęśliwsza, bycie z psem zmieniło całe moje życie. Danka mi pomogła na nowo odkryć przyrodę – ja od dawna nie chodziłam na żadne takie spacery, od kiedy Tymon urósł, nawet parki omijałam szerokim łukiem. A odkąd mam psa, to po prostu bardzo dużo łażę, poznaję jakieś zakamary, wiem, gdzie mieszkają jakie zwierzęta. Ostatnio spotkałam bobry nad Wisłą i sarny w Lasku Wolskim, to był jakiś po prostu obłęd. W buldogach jest też wspaniałe, że one cały czas lubią być w fizycznym kontakcie, ciągle się przytulają. Cudowna sprawa.
M.N.: Wracasz ze spaceru i od razu siadasz do haftowania?
M.D.: Zależy, nad czym pracuję i na jakim jestem etapie. Wiele z moich prac wymaga dużego researchu, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie da się wszystkich znaczeń rozczytać, to ja dobieram znaki i symbole bardzo starannie, sporo czytam i to są często rzeczy trudne, teoretyczne, tu jakieś badania, czyjaś praca doktorska, czasem czytam o tatuażu więziennym, a kiedy indziej o kapitalizmie czy o konstelacjach gwiazd. Czytam i notuję, a potem te notatki zostawiam, wracam do nich po jakimś czasie i sprawdzam, co przetrwało próbę czasu, czy i jak warto to przerobić na ornament. W wypadku tych prac, tych obrusów, zaczynam kompozycję oo środka, wybieram motywy, zastanawiam się, co będzie krawędzią, rysuję i piszę w notesiku, to wszystko trwa. Mija tydzień i cały czas wracam do notatek, od momentu haftowania tego pierwszego fragmentu cały czas procesuję aktualny temat, nad którym pracuję, sprawdzam, co jeszcze warto dodać.
Ale są różne rodzaje haftów – na kolanach masz rodzaj mojej notatki, gdzie w kółko haftowałam słowo „HELLP”, które pojawiło się na flagach dla muzeum Polin. Taki mój szkic, który polega na tym, że milion razy haftuję to samo, powtarzam i powtarzam, aż zaczynam rozumieć, o czym to jest. Bardzo interesujący proces, kiedy się coś tak haftuje w kółko.




M.N.: Ale to jest taka bardzo też medytacyjna praktyka, w której podczas powtarzania, powtarzania, w którym bierze udział ciało, rodzą się różne rzeczy.
M.D.: Mnisi buddyjscy, kiedy pytają o coś swoich mistrzów, słyszą w odpowiedzi: „Idź, przekop ogródek”. I ja robię tak samo. Jak potrzebuję się czegoś dowiedzieć, to nie dzwonię do jakiegoś profesora, tylko biorę igłę, haftuję i to jest podobny proces.
Oczywiście on jest możliwy także dlatego, że dużo czytam i od lat szukam różnych znaczeń. Na pierwszą terapię poszłam 20 lat temu, mam przyobserwowane różne mechanizmy, uczyłam się kilku języków, więc potrafię łapać litery i mapować znaczenia. Ta intelektualna warstwa jest ważna, bo gdybym miała tylko haftować kwiatki, pewnie by mi się nie chciało. Chociaż akurat w przyszłym roku to dosłownie będę robić! Kilka dni temu dowiedziałam się, że dostałam Stypendium Ministry Kultury na 2026 rok i dzięki temu pojadę na kurs haftu historycznego do Londynu, gdzie nauczę się różnych nowych technik – wszystko, żeby haftować kwiatki! Chociaż oczywiście nie jest to takie proste, ale na razie nie chcę za wiele zdradzać z tego projektu.
M.N.: A co w takim razie daje Ci powrót do dawnych treści? Widzę tu nowe wielkoformatowe tkaniny z napisami, które już znam: „Ich bin, du bist, ich byt” i „Latte capitalizm” ułożonymi w ornamentalne struktury. Wyglądają zupełnie inaczej niż to, co dotychczas robiłaś, pracując nad dużymi tkaninami, gdzie często stosowałaś obok siebie różne systemy zapisu, rysunki, teksty w różnych językach, symbole. A tu sam tekst, precyzja, porządek.
M.D.: Taki właśnie był zamysł. Częścią tego cyklu jest też ta różowa praca, Chleb, z motywem inspirowanym tymi obecnymi na ludowych serwetach, którymi przykrywało się chleb przed wrzuceniem do pieca. Dla mnie coś nowego, bo normalnie dużo czasu poświęcam na research, na myślenie, a tu chciałam użyć czegoś, co już wymyśliłam i po prostu pracować na ornamencie, skupić się na formie. Mam w swoim repertuarze sporo wypracowanych form, które po prostu powtarzam, zmieniając tematykę. A tu, dokonując recyklingu treści, chcę do nich dołożyć kolejną warstwę, związaną z ornamentem. I tak wzór Latte capitalizmu jest oparty na symbolu chaosu, Ich bin, du bist, ich byt na spirali Fibonacciego, Chleb to wspomniana już ludowa serweta.
Ale też z każdego takiego powtórzenia wychodzi trochę co innego. Pierwsza wersja tego hasła to był po prostu „latte capitalism”, taka gra z późnym kapitalizmem (late capitalism) i jego wielkomiejską wersją. A w aktualnej wersji to jest praca o kolejnej odsłonie zimnej wojny. Kiedy przygotowywałam ten haft na wystawę w Nowym Jorku, po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, zamieniłam „s” na „z”, które stało się symbolem rosyjskiej agresji. Z kolei podwójne „t” w tej pracy wiąże się ze zmianami ortografii po II wojnie światowej, z tymi wszystkimi „tt” w nazwiskach zamienianych w zachodniej Polsce na „t”, żeby ukryć tożsamość i uniknąć oskarżeń o niemieckość. Kolejne pokolenie chętnie już do tego „tt” wracało.Więc pojawianie się i znikanie tego „tt” jest związane z przemianami po 1945 roku. A połączenie tego z literą „z” przypomina o nowej odsłonie zimnej wojny, w której żyjemy, czyli wojny de facto chińsko-amerykańskiej. Ale ponieważ ta symbolika jest na pierwszy rzut oka niewidoczna, to latte capitalizm w zasadzie można rozumieć bardzo prosto, jako taki imperialny, wielkomiejski, hiperindywidualistyczny kapitalizm, który nas otacza. Wokół cały czas jest wojna, ale my tej wojny nie czujemy, tylko przelew pijemy.




M.N.: Skoro przez lata tworzyłaś, wykorzystując inne formy, czy te wielkoformatowe, uporządkowane prace coś zmieniły w Twojej praktyce?
M.D.: Zdecydowanie! Muszę teraz projektować tkaniny w całości. Przy tych wcześniejszych research był równoległy z haftowaniem, sam proces haftowania uruchamiał mi wiedzę, doczytywałam w różnych miejscach, dodawałam treści i czasem miałam poczucie, że czerpię z nieświadomego. A teraz zanim wezmę się do haftowania, muszę mieć wszystko zaplanowane, bo inaczej nie osiągnę tego zdyscyplinowanego efektu!




Najpierw wszystko rozrysowuję w notesie, potem wycinam z folii przezroczystej poszczególne elementy, bo jak wszystko jest przezroczyste, to łatwo mogę zrobić lustrzane odbicie. Ja ogólnie pracuję chętnie analogowo, słaba jestem w komputer i te wszystkie programy, więc wycinanki pozwalają mi sprawdzić, jak ornament się powinien rozwijać. Jak już sobie ten proces narysuję w notatniku, powycinam z folii i sfotografuję, to idę do mojego przyjaciela grafika Animiesiewasz Startt i on mi to wrzuca do programów. Teraz myślę, że praca z Animisiewaszem jest ważną i miłą zmianą, dzięki temu częściej się widujemy. Razem siedzimy, patrzymy i dopiero wtedy robię ploter z całości. A potem trzeba go przerysować na tkaninę. Przy tym formacie (200 × 150 cm) sam ten proces trwa sześć do ośmiu godzin.
Niby nie bardzo trudne, ale uciążliwe: tkanina leży na podłodze, trzeba ją dobrze umocować, żeby się nie ruszała, na to położyć ploter, przerysować go. Przez cały czas się to nie może przesunąć, bo cały ornament się rozwali. Do tego jest też potrzebna pracownia, bo w domu mi po tkaninie latał pies, więc musiałam wszystko robić na raz, a tu mogę sobie zostawić na podłodze i codziennie przerysowywać przez godzinę–dwie. I kiedy to jest gotowe, zaczynam haftować – dziesiątki, czasem setki godzin.
M.N.: O czym myślisz, jak haftujesz?
M.D.: W tym wypadku, kiedy wszystko jest już pomyślane, wzór odbity, a nie tak jak w przypadku tych bardziej procesualnych tkanin, to słucham sobie audiobooków czy podcastów albo puszczam w tle seriale.
M.N.: Ten proces brzmi szalenie pracochłonnie, nawet jak na haft. Zakładam, że inaczej jest w przypadku tych czarno-białych haftów, które stylem przypominają mi trochę „ignorant tattoo”?
M.D.: Zdecydowanie! Ale nie dlatego je tak chętnie robię! Kocham takie właśnie „ignorant embroidery”, to mój ulubiony sposób haftowania, mój ulubiony ścieg. Może dlatego, że zawsze uważałam, że w haftowaniu ciężko o ekspresję taką jak w wypadku pędzla czy ołówka. Haftuje się jednak zwykle po narysowanej linii, trudno tę „kreskę” zniuansować, a ja chciałam jakoś ożywić moje rzemiosło, spróbować osiągnąć ekspresję w geście. Bardzo pomogło mi w tym haftowanie w pociągach, bo jeśli haftuję u siebie w domu czy w pracowni, to jednak do jakiegoś stopnia jest to powolny ścieg. Natomiast w pociągach działałam w stresie, pod presją czasu. I myślę, że ten haft pociągowy to crème de la crème, jeśli chodzi o ekspresję.



M.N.: A skąd właściwie wziął się u Ciebie ten haft?
M.D.: Robienie czegoś rękami to sposób spędzania życia, który przyobserwowałam u mojej babci. Ona zawsze coś robiła: na szydełku, na drutach, serwety do domu, swoje ubrania. W tych ręcznie robionych koronkach, cała obrobiona na szydełku, wyglądała jak gwiazda filmowa. Babcia była wyjątkową dla mnie osobą, najbliższą w moim życiu. Przez pierwsze dwa lata mnie z dziadkiem wychowywali i hołubili nad życie.
Kiedy byłam malutką dziewczynką, robiłam im w domu straszne rzeczy – brałam na przykład kostkę masła i malowałam nią całą kuchnię, rysowałam ogryzkami, na ścianie w dużym pokoju robiłam im płaskorzeźby nożyczkami czy widelcem, przemalowywałam im obrazy. I oni byli zachwyceni, że ja im demoluję dom, że przemalowuję im obrazy, babcia potem długo mówiła: „Widzisz dziecko, to jest twój pierwszy obraz, tutaj domalowałaś ptaszki, tam ognisko”, a dziadek mi dokupywał drugie masło, żebym mogła dokończyć pracę. Nigdy nie doświadczyłam dyscyplinowania związanego z przekraczaniem różnych norm, tylko moją ekspresję uznawano za akt twórczy. Myślę, to bardzo ważny zasób, który dostałam od babci i dziadka, coś, co wpłynęło na całe moje życie, także zawodowe. Zresztą mój pies Danka ma imię mojej babci. Dziadek wołał za babcią po domu: Danka, Danka!, tak jak ja wołam za psem po polu. I dzięki temu uważam, że oni cały czas są gdzieś obok.
Więc babcia cały czas robiła na szydełku i moi rodzice też przywiązywali wagę do ciuchów. Jak PRL się skończył i sytuacja finansowa była trochę lepsza, to z matką chodziłyśmy kupować kolorowe sandały, hulaj dusza, piekła nie ma. Dlatego, kiedy zaczęłam studia na Akademii, gdzie głównie zajmowałam się fotografią u Łagockiego i Marysi Pyrlik, to z szycia trochę zrobiłam sobie taką „drugą nogę”. Mam poczucie, że ja się wtedy niezbyt odnajdowałam w różnych sprawach, może i w życiu, i pod tymi ubraniami się zawsze kryłam.



M.N.: Wiadomo, to najlepsza zbroja.
M.D.: Zaczęłam szyć najpierw dla siebie, a potem i dla koleżanek. Tak się rozkręciłam, że pomyślałam, że muszę otworzyć sklepik na pięterku; pojechałam do Stanów i na piłowaniu paznokci zarobiłam na sklepik, czyli Punkt. W Punkcie przez wiele lat sprzedawałam swoje ubrania i właśnie tam powstał pierwszy haft. Na ekstrawaganckiej, jaskrawej kiecce do ziemi, którą zresztą mam do dziś, wyhaftowałam napis „Polka męczennica”, taki pstryczek do kazusu klasycznej, umęczonej kobiety. I od tego czasu haft zaczął się pojawiać także w mojej sztuce, w różnych zaangażowanych społecznie projektach, które wtedy robiłam, aż stał się moim ulubionym medium.




