pracownia Adama Rzepeckiego

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie z Adamem Rzepeckim rozmawia Martyna Nowicka Martyna Nowicka: Przygotowując się do naszej (...)

z Adamem Rzepeckim rozmawia Martyna Nowicka

Martyna Nowicka: Przygotowując się do naszej rozmowy, natrafiłam na cykl napisów, które zrobił Pan na początku lat osiemdziesiątych o udawaniu artysty. Pisał Pan wówczas: „Od dzisiaj udaję artystę”, „Wciąż, konsekwentnie udaję artystę”. Tylko w mieszkaniu Pańskiego przyjaciela pojawił się napis „U ciebie nie muszę udawać artysty”. Czy pracownia jest kolejnym miejscem, gdzie się coś odgrywa i udaje, czy raczej przestrzenią wolności?

Adam Rzepecki:Napis „Od dzisiaj udaję artystę” pojawił się na sławetnym plenerze w Osiekach w 1981 roku. Spotkała się tam śmietanka polskiej awangardy, a my mieliśmy już z nimi na pieńku, to, co robili, wydawało nam się nieuczciwe, nieszczere. Warsztat Formy Filmowej, takie postaci jak Robakowski, Waśko czy Różycki, był dla nas bardzo ważny, wszyscy oni uprawiali sztukę medialną, konceptualną, która i nas wówczas pociągała. Nieuczciwe wydawało nam się „wariantowanie” kolejnych prac. Chcąc dać temu odpór, pisaliśmy na murach: „Pozdrawiamy urzędników sztuki”, „Świątynia sztuki żenującej” czy tworzyliśmy takie napisy jak mój. Skoro „udaję artystę”, to muszę mieć jakieś atrybuty artysty, może już nie młodopolski szalik i płaszcz, ale powinienem przybrać jakąś „artystyczną” pozę. Gdybyśmy przyjęli ich warunki, moglibyśmy stać się częścią ich grona, wystawiać w galeriach. Żeby być artystami, musielibyśmy najpierw udawać artystów.

Wspomniany przez Panią napis pojawił się w mieszkaniu Marka Janiaka, mojego przyjaciela z Łodzi Kaliskiej. Każdy człowiek ma jakieś wyobrażenie o sobie, o tym, jak może się zachowywać (choćby nieszczerze), żeby inni myśleli o nim dobrze. Ten napis to dowód zaufania, tego, że z nim i u niego jestem uczciwy, nie muszę niczego udawać. Zresztą ta uczciwość była cechą charakterystyczną Kultury Zrzuty, której byłem współtwórcą i uczestnikiem. W Łodzi Strych (kultowe miejsce przynależne ówczesnej sztuce niezależnej) stał się miejscem, gdzie ważne było przebywanie ze sobą, wzajemna szczerość. Mówiliśmy sobie o wszystkim, także o tym, że na przykład nie podobają nam się czyjeś prace, że są słabe – taką krytykę, choć z trudem, można przyjąć od przyjaciela. Napis „U siebie nie muszę udawać artysty” pojawił się też w moim krakowskim mieszkaniu.

M.N.: Wspomina Pan o Kulturze Zrzuty: czy lepiej pracuje się w towarzystwie, czy w samotności?

A.Rz.: Myślę, że po prostu inaczej. W Krakowie rozmyślałem nad różnymi projektami, a potem w Łodzi je robiliśmy – tak było na przykład z Tangiem, które trzeba było ręcznie składać z samodzielnie przygotowanych wcześniej w 200 egzemplarzach stron. Fajne rzeczy powstawały w tym wspólnym przebywaniu, ale ważne było też bycie samemu ze sobą. W Łodzi bywałem raz na kilka tygodni, a tu [w Drożdżowni na Bieżanowie]
pracuję codziennie. Zresztą już we wcześniejszej Pracowni Lea, w dawnym szpitalu przy ulicy Lea w Krakowie, zacząłem bywać niemal codziennie. Pracowałem tam przez półtora roku. Lutyński, Chlanda i Czwartos zapraszali mnie do siebie dużo wcześniej, jednak początkowo odmawiałem. W końcu żartem zgodziłem się, żeby przydzielili mi jakieś małe miejsce, które mogło być w korytarzu czy przy toalecie. To było ciekawa współpraca, zupełnie inna niż to, czego doświadczyłem w Łodzi Kaliskiej. Tam pięć indywidualności dopasowywało się, ścierało ze sobą, żeby razem tworzyć wspólną pracę, a tu obok siebie pracowali czterej ukształtowani już artyści.


M.N.: Jak wyglądały wasze spotkania?


A.Rz.: Zaczęło się od tego, że kupiłem w księgarni niewielką książeczkę Joyce’a, Hotel Finna, wydany pośmiertnie zbiór opowiadań, o którym wcześniej nie słyszałem. Po przeczytaniu postanowiłem o niej opowiedzieć kolegom. Z Markiem Chlandą zapoczątkowaliśmy takie nieformalne spotkania raz na tydzień czy dwa, coś na kształt kółek samokształceniowych. Opowiadaliśmy sobie we czterech o tym, co nas interesuje, rozmawialiśmy o muzyce, o Johnie Cage’u, o Samuelu Becketcie, Jamesie Joysie, o innych lekturach czy filmach. Ignacy Czwartos opowiadał nam o Żołnierzach Wyklętych.

Później wymyśliliśmy, żeby w nieczynnym szpitalu kolejowym zrobić wystawę – naszą i przyjaciół. To dla mnie był punkt wspólny z Kulturą Zrzuty – skoro razem przebywamy, to pojawiają się wspólne pomysły i przedsięwzięcia. Wyczyściliśmy korytarze i pokoje, zaanektowaliśmy je dla sztuki, a wystawę nazwaliśmy Sanatorium. Mogło to być rozumiane jako odniesienie do działania terapeutycznego sztuką, ale i też do historii szpitalnego budynku.


M.N.: A Pan woli pracować w przestrzeni, gdzie będzie wystawa, czy raczej przygotowuje się z wyprzedzeniem, ma wszystko zaplanowane?

A.Rz.:Są rzeczy, nad którymi pracuję tu, w pracowni, ale lubię też reagować na nową sytuację, robić w nowych przestrzeniach coś, co nie powstałoby nigdzie indziej. Poza tą pracownią mam jeszcze drugą, w bacówce w Beskidzie Sądeckim, tam też powstaje sporo prac. Kiedy tam przyjeżdżam, poświęcam się tylko sobie i sztuce. Wokół panuje cisza, przychodzą jedynie zwierzęta, czasem pojawi się zbłąkany turysta, poza tym nikogo. Rozpalam w piecu, zakładam słuchawki i słucham muzyki albo biorę pędzle i maluję. Wieczorami przy lampie naftowej. Ostatnio dla kilkorga znajomych zrobiłem nocny koncert – zajmuję się też komponowaniem – w towarzystwie gwiazd i odgłosów dogasającego ogniska. W prezentowanym tam utworze muzyka przeplata się z ciszą, delikatnie pojawia się dźwięk, muzyka narasta, by nagle, po minucie, zapanowała minuta kompletnej ciszy. I tak przez 10 minut naprzemiennie natura spotykała się z kulturą.


M.N.: Inne rzeczy interesują Pana w Krakowie, inne tam?


A.Rz.: Można tak powiedzieć. Na Parchowatce zacząłem pracować z Naturą, odrysowywałem cienie roślin – śladów rzeczywistości, odciskałem kamienie i kawałki drewna na mokrym papierze. Dwa lata temu zwróciłem uwagę na niebo, na wszechobecne w górach, daleko od świateł cywilizacji, gwiazdy, na bezmiar Wszechświata. Maluję gwiazdy nocami, dostrzegając niedostrzegalne wcześniej. Do dzisiaj uśmiecham się na myśl, że był czas, kiedy nie wiedziałem, co to jest rok Platona, i wpatrywałem się w Polaris bez świadomości, że gwiazd wskazujących nam, jak niegdyś żeglarzom, kierunek północny było więcej, że Gwiazd Północnych w czasach obejmowanych pamięcią ludzkości było już kilka.

Jestem tam długo – miesiąc, dwa, nawet trzy… Maluję na kartkach szkicownika i wiele rzeczy od razu wykańczam. Każdą z tych prac mógłbym powtórnie namalować w Krakowie na dużym formacie, ale to nie jest mi potrzebne, one pozostają pamiątkami z bycia tam.

M.N.: A tu czym się Pan zajmuje?


A.Rz.: Sobą. Kiedy rozluźniła się moja współpraca z Łodzią Kaliską, przeniosłem swoją koncentrację z rzeczywistości zewnętrznej na wewnętrzną. Nastał fajny moment, w którym poczułem się wyzwolony. Artysta potrzebuje akceptacji społecznej, być dostrzeżony i doceniony. Ale doszedłem do takiego momentu – wiele lat pracowałem na to – że mogę wreszcie powiedzieć sobie głośno, że chcę robić to, co mnie interesuje, nie zważając na to, czy to jest mądre czy głupie, dobre czy złe, piękne czy brzydkie. Po prostu się nie przejmuję tym, co sądzą o tym inni.


M.N.: Jak to się stało, że sięgnął Pan po malarstwo? Zaczynał Pan nie od Akademii, ale od studiów na historii sztuki, więc malarstwo czy rysunek nie pojawiły się na początku praktyki.


A.Rz.: Łatwiej mi było wyrażać się przy pomocy fotografii, filmu czy performansu. Ale znalazłem niedawno moje prace malarskie z 1969 roku, z okresu hipisowskiego, psychodeliczne w kolorze i pacyfistyczne. Albo na przykład akwarelowy pejzaż z Krzemionek z lat osiemdziesiątych – dziś sam nie wiem, czemu akurat to namalowałem. Zresztą dopiero od niedawna cenię malarstwo: jeszcze w czasach Łodzi Kaliskiej zaprzyjaźniliśmy się Gruppą i – pamiętam – zawsze nabijaliśmy się z malarza Ryśka Grzyba, pytaliśmy, czemu on tylko maluje obrazy, skoro można na różne sposoby dzielić się z innymi swoją wrażliwością. Dla nas najważniejsze wtedy, w okresie Strychu i Kultury Zrzuty było bycie ze sobą i rozmowy, a to, co przy okazji powstawało, nazywaliśmy fantami – materialny wyraz tej współpracy nie był dla nas ważny.


M.N.: Skąd więc ta zmiana?


A.Rz.: Malarstwo powtórnie i bardziej świadomie pojawiło się właśnie na Parchowatce, w mojej bacówce. Wcześniej tworzyłem niejako w kontrze do natury, a w górach, wśród ciszy i otaczającej przyrody refleksyjnie zacząłem obserwować, a potem obrysowywać cienie roślin, interesowały mnie one jako coś pośredniego pomiędzy promieniami słonecznymi a ziemią. Roślina jest w tym układzie przeszkodą, ale to dzięki niej powstaje cień… Nazywam te prace Martwymi Naturami, ale interesuje mnie dosłowne znaczenie tego zwrotu – martwa, czyli już nie żyje, zostawia jedynie swój ślad. Równocześnie z malowaniem odciskałem na papierze kawałki natury, drewno czy kamienie, zabierając z gór ich ślady.

Potem przebywałem na oddziale zamkniętym w szpitalu, gdzie leczyłem się z choroby alkoholowej. Tam brakowało mi wszystkiego, a szczególnie malowania. Zacząłem podkradać kawałki papieru, jakieś zaświadczenia lekarskie, jadłospisy, i na nich malowałem tamtejszą naturę – kwiaty stojące na parapecie, wpadające  do pokoju przez zakratowane okna  słońce, cienie drzew.


M.N.: Inaczej pracuje Pan w bacówce, inaczej tu – czy przeprowadzka do nowej przestrzeni coś zmienia, otwiera?


A.Rz.: Tak. Kiedy pojawiłem się w pracowni na Lea, na własną prośbę dostałem tam mały pokoik. Okazało się szybko, że to mi nie wystarcza, wchodziłem do kolejnych sal, wreszcie do budynku nieczynnego szpitala. Tam zaczęła powstawać ta praca [panorama nieba, która zajmuje dwie ściany pracowni] – ale długość ściany była zbyt mała na dziesięciometrowy zwój papieru. Szczęśliwie zrolowanego papieru nie uciąłem i po wprowadzce tu, do Pracowni Drożdżowni, okazało się, że mogę pracę dokończyć. Dzięki tej przestrzeni nagle mogłem robić duże rzeczy, a zawsze chciałem tego spróbować.


M.N.: Bez wątpienia taki rozmiar pracowni umożliwia lub wymusza różne rozwiązania. Ale czy nowa pracownia wiąże się z jakąś intelektualną zmianą?


A.Rz.: Na pewno. Tak się stało, gdy dałem się namówić na pracę przy ulicy Lea. Tam zacząłem inaczej myśleć, co nakładało się na doświadczenia z bacówki, na to, co już wcześniej chodziło mi po głowie. Ważnym elementem było też częstsze przebywanie w nowym gronie – najpierw bywałem tam dwa razy w tygodniu, aż poczułem, że chcę bywać tam i pracować częściej. Podobnie było tutaj, to jest uczucie podobne do wprowadzki do nowego mieszkania. Tu mamy dwa księstwa – moje i Piotra Lutyńskiego. Słuchamy różnej muzyki, więc jeśli zamkniemy drzwi – a trzeba, bo bywa przeciąg – to każdy z nas jest u siebie, ale ze świadomością, że ten drugi jest obok. Pomagamy sobie, pożyczamy pędzle, wiertarkę czy drabinę oraz spotykamy się razem, by wypić kawę czy herbatę i rozmawiać, ale pracując w swoich pokojach, możemy o sobie zapomnieć. Nawet teraz, kiedy Piotr wyjechał na chwilę za granicę, czuję, że za ścianą jest przyjaciel.

M.N.: Wpływają Panowie na siebie nawzajem?

A.Rz.: Tak, chociaż też się różnimy. Już na Lea postawiłem chłopakom jeden warunek – nie rozmawiamy o polityce, bo wtedy jest spokojniej. W bacówce zdałem sobie sprawę, że jestem przez długie okresy odcięty od wiadomości ze świata, nie mam radia, nie mam w domu telewizora, patrzę na rzeczywistość z wysokości mojej góry i nie bardzo zajmują mnie doraźne okoliczności polityczne. Malowanie nieba pomogło mi zrozumieć, że na zbyt wiele rzeczy nakładamy kategorie antropocentryczne. Kiedy patrzę w gwiazdy, nie opuszcza mnie świadomość, że tych gwiazd może już nie być, że widzę światło, które wysłały do nas wiele lat wcześniej, że wobec Wszechświata my jesteśmy jedynie pyłkiem. Dlatego ważna dziś dla mnie jest otwartość na innego człowieka, na to, co dla niego ważne. Tu i teraz. Dlatego nie rozmawiamy o polityce, za to – jak najbardziej – o sztuce. Z Piotrem różnimy się, ale wiemy, do czego możemy się nawzajem przekonać, a które sprawy są nie do ruszenia.

M.N.: Zaczęliśmy rozmowę od pleneru w Orońsku. Czy dziś także pracuje Pan poza pracownią, na wyjazdach, plenerach?

A.Rz.: Oczywiście. Ciekawe, że wraca do nas to Orońsko. Jakiś czas temu moimi pracami zainteresowała się młoda artystka, Irmina Rusicka. W latach osiemdziesiątych zrobiłem pracę Jak Buba Bobu, tak Boba Bubie (pokazywałem gest Kozakiewicza pod ówczesnym Ministerstwem Kultury i Sztuki). Rusicka wiele lat później i w innej sytuacji politycznej ten gest powtórzyła. Jakiś czas potem była w Orońsku na Triennale Młodych i w magazynie znalazła znajdującą się w zbiorach Centrum Rzeźby Polskiej moją instalację zatytułowaną Motorem mojej sztuki jest SHL-ka. Okazało się, że motocykl – część instalacji – nie jest sprawny, więc Rusicka uznała, że jej pracą realizowaną podczas Triennale Młodych będzie przywrócenie motoru do stanu używalności przy pomocy lokalnego mechanika. I tak się stało.

M.N.: Rozmawialiśmy o malarstwie, ale znacząca część Pańskiej twórczości pozostaje konceptualna – jak na przykład wspomniane przed chwilą prace. Czy przy tworzeniu takiej sztuki potrzebna jest pracownia?

A.Rz.: Pomysły rodzą się wszędzie, wszystko dzieje się w głowie. Jadę tramwajem, patrzę przez okno, budzę się z jakąś myślą w głowie, niezależnie od tego, czy w pracowni, czy w domu, czy w hotelu. Naprawdę, wszystko jest w głowie. No a potem zjawiam się w pracowni i mogę pracować nad tymi pomysłami.


M.N.: Czym w takim razie różniła się Pańska praktyka z lat osiemdziesiątych od współczesnej?


A.Rz.: Wtedy, kiedy wstawałem rano, musiałem najpierw nakarmić dziecko i się nim zająć. Sytuacje zmieniają się cały czas, wtedy trudniej było mi o czas dla siebie i dla robienia sztuki, więc go bardzo ceniłem. Często pracowałem w domu koncepcyjnie, by materialnie realizować prace na wyjazdach na plenery czy do Łodzi. Teraz nie ograniczam się do malowania, ostatnio zrobiliśmy z Piotrem Lutyńskim i Zbyszkiem Liberą koncert – ja w jego ramach przygotowałem performans dźwiękowy, grałem na preparowanej perkusji za pomocą topiącej się bryły lodu. Malowanie daje mi radość, ale nigdy nie będę się czuł malarzem, tak jak nie czuję się fotografem, rzeźbiarzem czy performerem.


M.N.: A kim? Artystą?


A.Rz.: Facetem, któremu się chce.


M.N.: Mówię: „artysta”, a Pan się lekko wzdraga. Nadal kojarzy Pan to słowo z pozą, udawaniem?


A.Rz.: Wiele lat temu mój kolega dostał się do Związku Polskich Artystów Fotografików. To była duża sprawa, bo ułatwiała na przykład dostęp do materiałów, o które wtedy było trudno. Z tej okazji rozmawiał z dziennikarzem, który zapytał go, czym się zajmuje. Kolega odpowiedział poważnie: „Ja z zawodu jestem artystą”. Bardzo mnie to rozbawiło, ale też nie dostałem od razu wysypki. Z zawodu jednak byłem i magazynierem sprzętu sportowego, i kowbojem, i dziennikarzem… Wiele rzeczy robiłem.

Podziękowałem kiedyś wybitnemu humaniście profesorowi Mieczysławowi Porębskiemu, mistrzowi, który otworzył mi głowę, bo to dzięki niemu nie stałem się historykiem sztuki. On się bardzo ucieszył, i powiedział: „Adasiu, więcej bym znalazł wśród moich studentów malarzy, poetów, dziennikarzy czy nawet ministrów niż dobrych historyków sztuki. Tych policzyłbym na palcach jednej ręki, no może dwóch”.

https://www.facebook.com/pracowniadrozdzownia/?modal=admin_todo_tour

www.rzepecki.lodzkaliska.pl