pracownia Agaty Kus

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie z Agatą Kus rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Jesteś artystką, która wprawdzie najchętniej (...)


z Agatą Kus rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Jesteś artystką, która wprawdzie najchętniej wypowiada się w malarstwie, ale nie tylko.

A.K.: Ja w ogóle zajmuję się wieloma rzeczami. Już podczas studiów na Wydziale Malarstwa krakowskiej ASP eksperymentowałam z różnymi mediami, próbując swoich sił w wideo, rysunku, a nawet rzeźbie. Mam chyba szczęście, że dzięki zdolnościom manualnym dość szybko udaje mi się opanować warsztat charakterystyczny dla tych mediów i praca w nich nie jest dla mnie uciążliwa. Uczenie się nowych technik daje mi dużo przyjemności, a obcowanie z rozmaitymi materiałami działa inaczej na zmysły. Zmiany są dla mnie odświeżające i ożywiające, ale nie są celem samym w sobie. Zawsze gdy mam nowy pomysł, staram się do niego dopasować odpowiednie medium, a nie odwrotnie. Pomysł jest dla mnie zdecydowanie ważniejszy niż konwencja wykonania, sposób, w jaki zmaterializuję idee.

W malarstwie czuję się najlepiej i ostatecznie zawsze do niego wracam.

A.J.M.: No właśnie, od pojawienia się nowych pomysłów do ich realizacji mija często sporo czasu.

A.K.: Odkładanie realizacji na później bywa niebezpieczne. Doświadczenie nauczyło mnie, że trzeba wcielać w życie pomysły natychmiast. Mam niestety dziesiątki szkiców, kolaży czy folderów, w których notowałam je na bieżąco, a potem ich nie wykorzystałam, bo straciły świeżość. Zostały przepracowane w głowie, czasem z całą myślową częścią procesu malowania. W takim przypadku ich realizacja byłaby już tylko przykrym obowiązkiem, a nie interesującym procesem.

A.J.M.: Gdzie szukasz inspiracji dla swoich prac?

A.K.: Maluję figuratywne kompozycje, więc trudno uwierzyć, że wszystko wydarza się spontanicznie, choć po części tak jest. Zwłaszcza w pracy nad budową swoich ostatnich olejnych obrazów dobieram i zestawiam elementy kolażu intuicyjnie. W efekcie nie stanowią one tylko prostej sumy estetycznej, lecz budują całkiem nową narrację znaczeniową. Fragmenty różnych, pozornie niezwiązanych ze sobą przedstawień, reagują ze sobą tworząc związek o zupełnie innych właściwościach niż jego składowe. Maluję dużo znajomych osób, sytuacji i miejsc, które zbieram w formie fotografii z różnych źródeł. Ostatnio zauważyłam, że moje malarstwo staje się coraz lżejsze, a samo malowanie jest już mniej bolesnym procesem niż w przeszłości. Niedawno wykonałam kilka płócien przedstawiających chłopaków z zaprzyjaźnionego zespołu muzycznego Neal Cassady, zrobiliśmy też razem wystawę i koncert w Zachęcie, okładkę płyty, jakieś drobne prace wideo. Różne środowiska kryją w sobie zdumiewające i inspirujące obrazy, a współpraca z innymi artystami i inspiracja ich twórczością potrafi owocować zaskakującymi tworami.

Uwielbiam malować dziewczyny i pewnie dlatego feminizm to częsty klucz do interpretacji moich prac. Faktycznie wydaje się pasować do niektórych z nich, jednak ja sama nigdy nie odważyłabym się nazwać swojej sztuki feministyczną. Nie mam programu ani misji. Zachowując krytyczną postawę, staram się patrzeć na świat tak, by dostrzegać jego wrażliwe miejsca. Nie wstydzę się klasycznie pojmowanego „piękna”, figuratywności i realizmu w malarstwie, choć niektórzy mawiają, że nie jest to w zgodzie z obecną modą. Śmieję się, gdy ktoś mówi mi, co i jak powinnam malować. Nie boję się też okaleczyć, zniszczyć lub zeszpecić swojej pracy. Piękno kryje się w różnorodności, a ja potrafię zachwycać się ludźmi niezależnie od ich płci i wieku. Z trudem przychodzi mi odpowiadanie na częste pytania, o czym są moje obrazy. To, co chcę powiedzieć, wyrażam w obrazie. Malarstwo to osobny język, a ten bywa nieprzekładalny na słowa. Łatwo można popełnić błąd w tłumaczeniu.

A.J.M.: Będę jednak nieustępliwa, chcąc się dowiedzieć o to, co wpływa na Twoje działania twórcze, może jakieś bodźce spoza sztuk wizualnych?

A.K.: Te inspiracje zazwyczaj związane są ściśle ze środowiskami, w których przebywam, rozmowami z fajnymi ludźmi, współpracą z nimi. Czasem potrafię stworzyć serię obrazów, która rozpoczyna się od czegoś tak prostego jak słowo. Pomysł na całą serię Bliźniaków rozpoczął się od inspiracji słowem BLIZNA i zabiegów okaleczania postaci na obrazach przez wypalanie im dziur papierosem. Robił to wówczas gościnnie poeta Świetlicki. Później słowo ewoluowało, zrobiły się z tego BLIŹNIAKI – i to również odbiło się na budowanych scenach. Naturalnie przeszło to potem w multiplikację, mechaniczne powielania i odbicia. Lubię myśleć o swoich obrazach, jak o współczesnej poezji, której wersy nierzadko skonstruowane są z potocznych wyrazów i opisów codziennych zjawisk. Umiejętne ich zestawienie zawiera wiele tajemnic, których odkrywanie bywa pociągające.

To, co malarz bierze na warsztat, niekoniecznie musi wynikać z jego własnych traum czy radości. Artysta jest empatyczny, potrafi wyobrazić sobie sytuacje niebędące wynikiem jego własnego doświadczenia i stworzyć nadawcę fikcyjnego. Tak samo jak przyjmujemy, że głos podmiotu lirycznego w wierszu niekoniecznie jest głosem samego poety, tak płótno malarza nie musi być odzwierciedleniem jego osobowości. Może być swoistym monologiem lirycznym. Słowo przydaje się przy tytułowaniu prac i jest to dodatkowa, ważna przestrzeń pozakadrowa, która niekoniecznie opisuje lub tłumaczy treść dzieła. Jest raczej kolejnym elementem składowym dodającym znaczenia lub budującym kontekst. Uwielbiam bawić się tytułami, ciesząc się ich wymową i samym pięknem brzmienia: Turbosłowianie, Nosferatu, Lacrimosa, Pornografia, Jadwiga. W przypadku każdego z tych obrazów inspiracje pochodziły z zupełnie niezwiązanych ze sobą obszarów.

Zdarza się, że pracuję cyklami i z jednego powodu powstają całe serie prac. Tak było w przypadku obrazów inspirowanych tekstem Maurice’a Maeterlincka, muzyką Claude’a Debussy’ego i przedstawieniem Katie Mitchell na zamówienie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej.

Natomiast seria Kochanka, ma korzenie historyczne. To, obok prac malarskich, instalacja złożona z ruchomych obrazów wideo, zrekonstruowanych na podstawie oryginalnych, prywatnych fotografii kochanki komendanta obozu koncentracyjnego.

A.J.M.: Czy masz jakieś specjalne wymagania odnośnie do pracowni? Czy fakt, że pracujesz w domu, ma znaczenie?

A.K.: Oczywiście, że ma znaczenie. Wybór ten podyktowany jest niewątpliwie względami ekonomicznymi. Marzę o wielkiej, pięknej pracowni i jest to jeden z moich celów, ale na razie daję sobie radę w mieszkaniu, w małym pokoju przy kuchni. Największy obraz, jaki udaje mi się tam zmieścić, to 2 × 3 m – i takie też tam powstają! Wszystko da się zrobić, gdy się odpowiednio zorganizuje i przede wszystkim chce. Lubię, gdy wokół mnie panuje porządek, kiedy przystępuję do malowania, a mała przestrzeń wymaga więcej dyscypliny. Dzięki temu zdobywam coraz większe doświadczenie w dziedzinie trików pracownianych, technologii i doskonalenia narzędzi. Nawet myślałam o prowadzeniu śmiesznego bloga technologicznego dla malarzy, żeby dzielić się tymi pomysłami, bo wiem, że takie drobne odkrycia potrafią bardzo cieszyć moje koleżanki i kolegów malarzy.

Praca w domu bywa też niełatwa, bo zawsze jest coś innego do zrobienia, coś, co rozprasza uwagę, a może jest dobrą wymówką, aby jeszcze chwilę pomarudzić, zanim zacznie się malować. Ale przynajmniej jest blisko do lodówki.

A.J.M.: No dobrze, ale kiedy już zaczynasz pracować, przestrzegasz pewnych rytuałów, reguł, które powtarzasz za każdym razem?

A.K.: Raczej nie. Nie jest tak, że maluję określoną liczbę godzin, a potem robię przerwę kawową. Czasami pracuję bardzo intensywnie przez dwa dni i zdarza mi się w tym czasie skończyć obraz, kiedy indziej, z różnych powodów, mam kilkutygodniowe przerwy. Ale jak pracuję,  lubię – o czym już wspominałam – żeby nieład mnie nie rozpraszał, a na palecie był spory zapas farby. Na materiałach nie opłaca się oszczędzać, swobodne ich używanie jest bardzo ważne.

AJ.M.: Gdybyś miała wybór to, z kim chciałabyś mieć wystawę? Jakich twórców szczególnie cenisz?

Bardzo cenię tych malarzy, którzy umiejętnie radzą sobie z „brzydotą”, brakiem perfekcji, prymitywizmem formy. Ja tak nie potrafię, albo raczej nie mogę sobie na to pozwolić, bo byłoby to nieprawdziwe i niezgodne ze mną. Zazdroszczę im tego ogromnie. Jest np. taka świetna malarka Genieve Figgis, której formę i świat uwielbiam. Bardzo wysoko cenię sobie ironię i poczucie humoru u artystów w ogóle i lubię właśnie takie wystawy.

A.J.M.: Artystyczne motto? A może uważasz to za zbyt pretensjonalne?

Nie mam żadnego motta, ale jestem przekonana, że bardzo ważna jest odwaga w stosunku do tego, co się robi, i nieprzejmowanie się nadmiernie krytyką. Nie może to jednak zwalniać z obowiązku myślenia.

Agata Kus urodziła się w 1987 roku. Mieszka i pracuje w Krakowie. Jest absolwentką i doktorem Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Zajmuje się głównie malarstwem i wideo. Jest laureatką wielu nagród i stypendiów, w tym zwyciężczynią Międzynarodowego Biennale Sztuki Mediów WRO 2015 we Wrocławiu. W roku 2017 została nominowana do Nagrody „Spojrzenia” Deutsche Banku i Zachęty, a w 2018 do nagrody szwajcarskiej fundacji Vordemberge-Gildewart. Jej obrazy znajdują się m.in. w kolekcji Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK w Krakowie, Muzeum Narodowym w Gdańsku oraz w kolekcjach prywatnych.