pracownia Bartłomieja Chwilczyńskiego

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Bartłomiejem Chwilczyńskim rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Twoja pracownia mieści się (...)

Z Bartłomiejem Chwilczyńskim rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Twoja pracownia mieści się w historycznej kamienicy przy ulicy Sławkowskiej, w miejscu, w którym artyści zawsze byli mile widziani, głównie za sprawą jej pierwotnego właściciela Józefa Sperlinga – krakowskiego przedsiębiorcy i mecenasa sztuki z początku XX wieku.

B.Ch.: To prawda. Kiedy poznałem historię miejsca, w którym od dwóch lat pracuję, zdałem sobie sprawę, że moja działalność stanowi kontynuację ponad stuletniej tradycji. Kamienicę zaprojektował w 1912 roku Franciszek Mączyński, przyjaciel Sperlinga, z przeznaczeniem na działalność handlową – pierwszy w Krakowie Dom Towarowy. Chodziło głównie o sprzedaż mebli, które projektowali dla niego artyści zrzeszeni w Towarzystwie Polska Sztuka Stosowana. Sperling współpracował nie tylko z projektantami, ale też malarzami i grafikami. Zdecydował się więc na poszerzenie działalności o dział sztuki i salon obrazów.

A.J.M.: W latach dwudziestych XX w. zakończył działalność handlową w Krakowie i przeniósł się do Nicei. Wciąż utrzymywał jednak żywe kontakty z krakowskim środowiskiem artystycznym.

B.Ch.: Głównie z malarzem Wojciechem Weissem, z którym łączyły go rodzinne koneksje. Pomimo wyjazdu właściciela historia kamienicy dopiero się rozpoczynała. Szerokim echem odbiła się zorganizowana w 1927 roku Wystawa Niezależnych. Pokazano na niej prace blisko stu artystów, m.in. Teodora Axentowicza, Leona Chwistka, Juliana Fałata, Jacka i Rafała Malczewskich, no i oczywiście Wojciecha Weissa. Grono to pozostawało w konflikcie z konserwatywnym Towarzystwem Przyjaciół Sztuk Pięknych. Po sukcesie Wystawy Niezależnych wpadli na kolejny przewrotny pomysł. Rozpuścili plotkę, że przez Kraków przejeżdżać będzie ze swoją kolekcją sztuki rumuński baron d’Edrem i zamierza pokazać ją właśnie w kamienicy Sperlinga. Bajeczna kolekcja zawierać miała dzieła mistrzów francuskich: Renoira, Matisse’a czy Degasa. Informacja zelektryzowała krakowską publiczność. Jak się później okazało, na wystawie próżno było szukać zarówno prac francuskich mistrzów, jak i rumuńskiego barona… Krakowscy artyści zaprezentowali natomiast własne szkice z czasów studiów i prace namalowane à la wybrani przez nich francuscy mistrzowie. Zarówno krytycy, jak i krakowska publiczność uwierzyła, że obcuje z oryginalnymi dziełami. Gdy w ostatni dzień trwania wystawy – 1 kwietnia – zwiedzający przyszli do galerii, zastali zamknięte drzwi, a na nich kartkę. Wyjaśniała ona, że nazwisko właściciela domniemanej kolekcji Barona Edrem, należy czytać na odwrót, czyli Merde (po francusku „Gówno”), uświadamiając odbiorcom, że mają do czynienia z primaaprilisowym żartem, a cała wystawa była wielką mistyfikacją.

A.J.M.: To naprawdę jest ciekawa historia, ale powróćmy jednak do współczesności. Jak wyglądała ta przestrzeń, kiedy wszedłeś do niej po raz pierwszy?

B.Ch.: Zdecydowanie nadawała się do remontu. Po drugiej wojnie światowej w kamienicy siedzibę miał Krajowy Związek Spółdzielni Przemysłu Skórzanego, poczyniono daleko idące modernizacje architektoniczne względem oryginalnego projektu. Zmieniono układ pomieszczeń, zmniejszono okna. Po 1989 roku mieściło się tutaj biuro architektoniczne. Podczas remontu wymieniliśmy podłogę, wyburzyliśmy ścianki działowe oraz ścianę z luksferów, otwierając przestrzeń i tym samym otrzymując jedno duże pomieszczenie.

A.J.M.: Wyraźny jest jednak podział przestrzeni na dwie strefy.

B.Ch.: Zależało mi, aby pracownia pełniła równocześnie rolę showroomu. Połowa przestrzeni pozostaje częścią do pracy „na brudno”. Maluję w niej, robię kolaże, instalacje. Drugą część, tę galeryjną, z pomocą mojego serdecznego przyjaciela Piotra Panasiewicza i jego żony Joanny, urządziliśmy meblami pochodzącymi z ich sklepu Lubię Rzeczy. Są to głównie meble w stylu Space Age (lata 60.) m.in. czechosłowacki komplet Atlantis (fotele i kanapa) i niemiecki szklany stół kawowy Opal. Rośliny pochodzą od zaprzyjaźnionego botanika, stół do pracy według mojego projektu wykonał znajomy stolarz. Zależało mi, aby oprócz warunków do pracy twórczej stworzyć komfortową przestrzeń do kontemplacji sztuki. Współpracuję z architektami i architektami wnętrz, taki układ pracowni pomaga w rozmowach nad projektami.

A.J.M.: Czy to jest Twoja pierwsza pracownia?

B.Ch.: I tak, i nie. Jako student korzystałem z pracowni uczelnianych. Głównie z Pracowni Litografii, gdzie spędziłem większość studiów. I właśnie litografia na wiele lat zdominowała moją twórczość. Po obronie doktoratu zacząłem jednak odczuwać potrzebę zmierzenia się z innymi dziedzinami sztuki, również poczułem chęć zmiany otoczenia. Wyjechałem na pewien czas do Warszawy, gdzie wynająłem pracownię. Zacząłem eksperymentować z techniką kolażu, stanowiącą dla mnie pomost pomiędzy grafiką a malarstwem, którym chciałem się zająć. Właśnie w warszawskiej pracowni rozpocząłem cykl Journey, najdłuższy jak dotąd wśród moich prac (obecnie liczy ich ponad sto). Po powrocie do Krakowa naturalną koleją rzeczy było rozpoczęcie poszukiwania pracowni. Udało się znaleźć tę, w której teraz jesteśmy. Czyli właściwie mogę powiedzieć, że jest to moja trzecia.

A.J.M.: Ja jednak powrócę do grafiki, bo przez wiele lat to właśnie litografia była dla Ciebie najważniejsza. Co urzekło Cię w tej technice graficznej?

B.Ch.: Myślę, że spontaniczność. Wynika ona z możliwości, jakie daje warsztat litograficzny. Lubię gest, ślad narzędzia, ekspresję. W twórczości dopuszczam przypadek. Litografia daje dużą swobodę w budowaniu obrazu na matrycy. Na pewno jest najbardziej malarską spośród technik graficznych. Myślę, że doświadczenia zdobyte w litografii pozwoliły mi swobodnie poruszać się również w innych technikach. Bardzo istotne jest dla mnie, aby nie zamykać się tylko i wyłącznie w jednej dziedzinie, ale ciągle eksperymentować. Jeśli chodzi o rozwiązania formalne i estetykę moich prac, zatoczyły one koło. Podczas pracy nad dyplomem i po ukończeniu studiów fascynowała mnie czysta abstrakcja, zestawy znaków, symboli, form. W trakcie pracy nad przewodem doktorskim prace zaczęły przybierać bardziej kształt abstrakcyjnych pejzaży. Były bardzo zagęszczone, ciemne, ciężkie. Utrzymane w gamie ugrów, granatów, pomarańczy, brązów. Doświadczenia w pracy z kolażem przyniosły mi oczyszczenie gamy, syntezę formy. Ponowne odkrycie bieli papieru i żywych, nasyconych kolorów. Powróciła ekspresja gestu, która szczególnie widoczna jest obecnie w malarstwie. Przez lata wzbraniałem się przed malarstwem. Wydawało mi się, że może je uprawiać każdy, natomiast, aby pracować w technikach graficznych, trzeba dysponować odpowiednimi umiejętnościami, doświadczeniem i warsztatem. Grafika wydawała mi się zdecydowanie bardziej elitarna niż malarstwo. Dzisiaj już tak tych dziedzin nie wartościuję.

A.J.M.: Przyglądając się ścianom Twojej pracowni, nie sposób nie dostrzec obrazów naprawdę sporych rozmiarów. Preferujesz duże formaty?

B.Ch.: Rzeczywiście maluję często bardzo duże obrazy, bo pozwalają mi na ujawnienie ekspresji i gestu. Gdy nad nimi pracuję, to z góry nie zakładam, jaki będzie ich format, ponieważ maluję na płótnie rozwijanym z rolki. Układam je na podłodze, nie na sztaludze, i dopiero gdy obraz jest skończony, wycinam odpowiedni kadr, do niego zamawiam krosna i naciągam na nie obraz.

A.J.M.: Wspominałeś o eksperymentach w innych dziedzinach niż grafika i malarstwo, opowiedz coś o tym.

B.Ch.: Mam na koncie kilka instalacji i mocne postanowienie, aby w tym roku zacząć prace nad rzeźbami. Myślę też o zrobieniu wspólnego projektu z moją siostrą, która wprawdzie z wykształcenia jest historykiem sztuki, ale na co dzień zajmuje się ceramiką. Nie będzie to łatwe, bo mieszka w Australii, ale nie tracę nadziei, że uda nam się nawiązać artystyczną współpracę. Cóż, mam rozgrzebanych kilka dziwnych i ciekawych projektów, ale może jeszcze za wcześnie o tym mówić.

A.J.M.: Jasne, rozumiem. Powiedz, jak wygląda Twój typowy dzień w pracowni?

B.Ch.: Mimo że w twórczości stawiam na spontaniczność, lubię systematycznie pracować. Staram się być w pracowni codziennie jak najwcześniej i działać do późna. Zazwyczaj pracuję nad kilkoma rzeczami naraz. Od ponad roku częstym gościem w pracowni jest moja mama. Pewnego dnia poprosiła mnie o zakup farb, płótna i parę wskazówek, jak się nimi posługiwać. Przyznała, że od zawsze marzyła o namalowaniu obrazu. Sądziłem, że będzie to dla niej jednorazowa przygoda – okazało się, że niesamowicie spełnia się w malarstwie. Od tej pory maluje regularnie, chyba więcej niż ja!

A.J.M.: Na zakończenie chciałabym zapytać: co Cię inspiruje?

B.Ch.: Odpowiem krótko: życie. Codzienność, ludzie, których spotykam, ale przede wszystkim podróże. Jak wspomniałem, pracuję intensywnie, ale potrzebuję też przerw: jedno-, czasem dwumiesięcznych, podczas których nie wchodzę do pracowni, nie robię nic związanego ze sztuką. Po powrocie z podróży wracam naładowany pomysłami. Powstają nowe prace, przesiąknięte kolorami, światłem, charakterem miejsc, które odwiedzam.

A.J.M.: Dziękuję za rozmowę.

B.Ch.: Dziękuję bardzo.