pracownia Beaty Stankiewicz

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Beatą Stankiewicz rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Twoja pracownia znajduje (...)

Z Beatą Stankiewicz rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Twoja pracownia znajduje się w kamienicy przy ul. Poselskiej 18, w centrum Starego Miasta w Krakowie. Jak udało Ci się znaleźć tak niezwykłe miejsce do pracy?

B.S.: Nie musiałam go poszukiwać, bo jestem krakowianką z „dziada pradziada” i w tej kamienicy moja rodzina mieszka od ponad stu pięćdziesięciu lat. Ja się tutaj urodziłam, spędziłam całe moje życie, i także pracuję. Cztery pokolenia rodziny, prawdziwy galicyjski tygiel narodowościowo-wyznaniowy związał swoje losy właśnie z tym miejscem.

A.J.M.: Kamienica ma swoją niezwykłą historię…

B.S.: Tak, podobno w podziemiach kryje ruiny kościoła św. Piotra, wzmiankowanego już na początku XIV wieku. Z kolei w XVII stuleciu włoski aptekarz Bonifacy Cantelli prowadził tu aptekę Pod Złotym Słoniem, wspominam o nim m.in. dlatego, że mój pradziadek także posiadał skład apteczny w tym miejscu! Swoje dzieciństwo spędziłam w mieszkaniu na pierwszym piętrze, przeniosłam się na trzecie dopiero po śmierci moich dziadków. Pracownia, w której obecnie działam, pierwotnie nie należała do mieszkania, nie było jej, bo została przekształcona ze strychu. W czasie wielkiego pożaru Krakowa w roku 1850 spłonęło trzecie piętro kamienicy i nigdy nie zostało odtworzone jako mieszkalne, tylko jako strych.

A.J.M.: Jak Ci się zatem na tym „strychu” pracuje? I czy kiedykolwiek miałaś pracownię w innym miejscu?

B.S.: Przed podjęciem studiów na Wydziale Malarstwa krakowskiej ASP pracowałam w swoim pokoju, w mieszkaniu, które dzieliłam z rodzicami. Potem, kiedy już osiadłam na trzecim piętrze, malowałam w największym pomieszczeniu, w którym równocześnie mieściła się galeria, tzw. „mieszkanie 23”, którą prowadziłam z moim mężem Sebastianem. Wreszcie po kilku latach udało mi się przygotować dla siebie studio, w którym teraz tworzę, choć paradoksalnie nie nadaje się na pracownię.

A.J.M.: Ale dlaczego? Wspominałaś, że uwielbiasz tutaj malować?

B.S.: Jej okna wychodzą na południową stronę, latem bywa bardzo gorąco, choć z drugiej strony zimą jest przytulnie. Ale to prawda, bardzo lubię tu pracować.

A.J.M.: Ja od razu zachwyciłam się tym miejscem, tym, jak je urządziłaś, lekkimi, jasnymi meblami. I ten biały, podwieszony u sufitu materiał niczym śródziemnomorska „markiza”…

B.S.: To jest prześcieradło, które ma chronić przed plamami światła utrudniającymi pracę nad obrazem. Południowe światło jest bardzo kontrastowe i kiedy maluję duże płótno i nieopatrznie odsłonię tę zasłonę, to „prostokąty” światła wędrują mi po obrazie, tak że wchodząc do pracowni, można ulec złudzeniu, że są namalowane. Natomiast kiedy zasłona jest zaciągnięta, nie tylko ukrywam pod nią brzydkie okna dachowe, ale także światło staje się bardziej rozproszone, miękkie i po prostu lepiej mi się maluje.

A.J.M.: Jak wygląda Twój dzień pracy? Masz jakieś rytuały, które zawsze celebrujesz?

B.S.: Mam, kawa i papieros to jest stały punkt mojego programu. Bardzo lubię, gdy po godzinie lub półtorej malowania mogę zasiąść w fotelu, na spokojnie przyjrzeć się temu, co namalowałam, zapalić papierosa i wypić kawę. Obecnie, żeby zbyt często nie biegać do kuchni, przynoszę sobie kawę w termosie. Lubię pracować czysto, tzn. nie maluję na palecie, tylko na talerzyku, który wraz z pędzlami zawsze czyszczę po zakończonej pracy. Wchodząc rano do pracowni mam wszystko przygotowane. Nigdy nie przebieram się w specjalny strój do pracy, bo na co dzień chodzę jakby w pracownianych ciuchach, swobodnych, niekrępujących ruchów, w których czuję się komfortowo. Wiem, że niektórzy artyści lubią się przebierać, np. Marek Sobczyk, wchodząc do pracowni, zdejmuje sweter i wkłada go na tzw. lewą stronę, a z kolei zdaniem Waldemara Łysiaka obrazy Veermera sprawiają wrażenie, jakby były malowane w białych rękawiczkach, może kiedyś w przyszłości też tak będę robić, kto wie.

A.J.M.: W tym momencie trudno nie zapytać: czy nie przeszkadza Ci, że w tym samym miejscu pracujesz i mieszkasz ze swoją rodziną, do niedawna z trójką dzieci?

B.S.: Ja nie mam pojęcia, jak może być inaczej, nie doświadczyłam innej sytuacji zawodowej. Doceniam, że w każdej chwili, wieczorem, po zakończeniu pracy mogę bez trudu zajrzeć do pracowni i raz jeszcze „rzucić okiem” na obraz, nad którym tego dnia pracowałam. Gdy w domu panuje za duży hałas lub rozpraszają mnie dźwięki dobiegające z ulicy, włączam głośno muzykę, która pozwala mi się odciąć od świata zewnętrznego.

A.J.M.: Rodzina często zagląda do pracowni, obserwuje Cię przy pracy?

B.S.: Nie obserwują i nie zaglądają, jeśli nie mają naprawdę ważnej sprawy do omówienia. Natomiast ja, kiedy mam jakiś problem malarski, bardzo chętnie się ich radzę. Bardzo lubię ten moment, gdy siedzimy razem z mężem i córkami przed obrazem i wspólnie go „roztrząsamy”. Najstarsza córka, Alicja – która obecnie studiuje we Wrocławiu inżynierię biomedyczną – mimo innych zainteresowań ma duże wyczucie formy, dla Mai, studentki grafiki, to jest też jej świat, mąż jest historykiem sztuki i filozofem, a nawet dziesięcioletni Iwo ostatnio poprosił o pokazanie mu obrazu, który ocenił jako fajny.

A.J.M.: Pracownia nie jest więc Twoim sanktuarium, przeciwnie, chętnie przyjmujesz w niej gości…

B.S.: Czasami odczuwam pokusę, żeby jednak nim była, ale szybko przychodzi refleksja, że nie chciałabym się od rodziny izolować, bo naprawdę cieszę się, że tak aktywnie uczestniczą w moim życiu zawodowym. Lubię też, gdy odwiedzają nas przyjaciele. Zdarzało się dosyć często, że po wernisażach, np. w Otwartej Pracowni (jednej z krakowskich galerii), cała grupa zaprzyjaźnionych artystów nas odwiedzała. Najpierw przyjmowałam ich w salonie, ale bardzo szybko wszyscy po kolei się z niego wymykali i imprezowaliśmy w pracowni.

A.J.M.: Nie obawiałaś się, że ktoś przez nieuwagę rozleje wino, uszkodzi obraz?

B.S.: Nie, bo to są najczęściej sami malarze, bardziej obawiałam się imprez urządzanych pod moją nieobecność przez córki…

A.J.M.: W waszym mieszkaniu od roku 2005 przez siedem lat działała prężnie galeria…

B.S.: Tak, zrealizowaliśmy z mężem w sumie 40 wystaw, teraz powoli dojrzewamy do tego, aby wznowić działalność, choć może nie regularnie, tylko od czasu do czasu, gdy naprawdę będziemy przekonani, że chcemy zrobić wystawę. Odnoszę zresztą wrażenie, że podobnie jak wielu innych ludzi działam w cyklach siedmioletnich, po tym okresie czasu zwykle coś się definitywnie kończy, równocześnie coś nowego się zaczyna. Po urodzeniu najmłodszego dziecka, Iwona[A1] , próbowaliśmy dalej prowadzić galerię, ale był chłopcem, który bardzo długo miał kolki, praktycznie przez dziewięć miesięcy płakał, więc po jednym z wernisaży, które spędziłam z płaczącym dzieckiem na ręku, stwierdziłam, że to nie ma sensu i zawiesiliśmy działalność naszej galerii.

A.J.M.: Malarstwo jest medium, w którym najchętniej się wypowiadasz. Nie miałaś potrzeby, aby zająć się także innymi dziedzinami twórczości?

B.S.: Ależ ja debiutowałam jako autorka filmów, bo po ukończeniu studiów nie chciałam malować, obawiając się, że zostanę malarką realistycznych płócien! Wybór kierunku studiów nie nastręczył mi trudności, zawsze wiedziałam, że malarstwo jest moją pasją (no może z wyjątkiem jednodniowego epizodu w trzeciej klasie szkoły podstawowej, kiedy poważnie rozważałam karierę woltyżerki). Ze studiów wyniosłam jednak przekonanie (była to bardziej moja idea niż profesorów), że w sztuce współczesnej realistyczne malarstwo się nie liczy. Utwierdziła mnie w tej opinii lektura tekstów Zbigniewa Warpechowskiego, które potraktowałam ze śmiertelną powagą. Utkwiło mi w głowie zwłaszcza jedno zdanie tego artysty, właściwie parafraza powiedzenia Leonarda da Vinci, że malarstwo jest działaniem intelektu, które on przerobił na „malarstwo jest sprawą głupoty”. Pojechałam nawet do Sandomierza, żeby się z nim spotkać i podyskutować na ten temat. No cóż, przyznał, że tekst, który dla mnie był tak ważny, on napisał dawno temu, obecnie ma zupełnie inne zdanie o malarstwie niż kiedyś i zachęcał mnie, żebym nie tłumiła powołania, uwierzyła w swoją intuicję i po prostu zaczęła malować.

A.J.M.: Powróciłaś więc do malarstwa, filmując ze swojej pracowni okna mieszkań znajdujących się w kamienicy naprzeciwko?

B.S.: Tak, to był pretekst potrzebny do rozpoczęcia serii obrazów przedstawiających jak gdyby widoki okien i znajdujących się za firankami, zasłonami różnych domowych sprzętów. Przestrzeń domowa, intymna zawsze była mi bliska.

A.J.M.: No właśnie, można chyba śmiało nazwać Cię przede wszystkim malarką wnętrz?

B.S.: Wydaje mi się, że tak, bo co ciekawe, moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa dotyczą właśnie wyglądu, atmosfery wnętrz, ale nie ludzi.

A.J.M.: Jak malujesz? Z wyobraźni, czy raczej używasz zdjęć, wykonujesz szkice przygotowawcze?

B.S.: Zawsze wykonuję dokumentację fotograficzną, bo przekonałam się, że nie da się wymyślić natury, otaczającego nas świata czy wnętrz mieszkalnych. Zdjęcia pozwalają dostrzec szczegóły, detale np. przebarwienie na ścianie, które nam umykają. Zaobserwowałam, że kiedy malowałam z wyobraźni, wcześniej „projektując” obraz w głowie, to był on jakiś sztywny, sztuczny, brakowało w nim życia. Pracuję cyklami, zafascynowana danym motywem, np. drzewem, powracam do niego wielokrotnie, czasem nawet po latach.

A.J.M.: Ostatnio chętnie malujesz pracownie znanych twórców? Co Cię w nich pociąga?

B.S.: Pod tym dość pojemnym hasłem „pracowni twórców” mieszczą się zarówno wnętrza tzw. domów pracy twórczej, które kiedyś należały do różnych instytucji, np. PAN czy PAU, jak i widoki pracowni światowej sławy malarzy. Dom pracy twórczej PAN w Zawoi odkryłam dzięki przyjaciółce, która pokazała mi wykonane tam fotografie. Dowiedziałam się, że zostanie poddany gruntownemu remontowi, postanowiłam więc jak najszybciej tam pojechać, przekonałam jego dozorczynię, aby mnie wpuściła i pozwoliła sfotografować wnętrza, zanim bezpowrotnie stracą swój pierwotny wygląd. Kolejną moją fascynacją okazał się tzw. pokój Czapskiego z Maisons-Laffitte, zrekonstruowany w skali 1:1 przez Krystynę Zachwatowicz w jego pawilonie (oddziale Muzeum Narodowego). Obraz, który namalowałam, został zakupiony do kolekcji MOCAK-u, a pracujące tam dziewczyny zaczęły mi wysyłać fotografie pracowni różnych znanych twórców jak choćby Pollocka, Cézanne’a, Rothko czy Miró. Ja jednak nie jestem zainteresowana dokumentowaniem kolejnych pracowni, bo tym, co mnie w niektórych wnętrzach pociąga, jest ich niepowtarzalny klimat. Każde „miejsce pracy”, bo tabliczkę z takim właśnie napisem trzymam w swoim studio, jest wyjątkowe, ale tylko niektóre mnie kuszą, aby je namalować.

A.J.M.: W Twoim dorobku twórczym ważne miejsce zajmują też portrety?

B.S.: Właściwie wszystko, co tworzę, to są portrety, mówimy przecież portret wnętrza, portret człowieka, miejsca itp. Zaczęło się dość banalnie, chciałam namalować mamie portrety jej wnuczek. Dopiero po pewnym czasie uświadomiłam sobie, jak powinny wyglądać malowane przez mnie portrety, wypracowałam sobie pewien styl: preferuję ujęcie en face, na szarym lub czarnym tle, trochę przypominające zdjęcia legitymacyjne. Nie interesuje mnie sylwetka portretowanego, bo całą swoją uwagę skupiam na twarzach. Ważnym doświadczeniem było wykonanie zwłaszcza dwóch cykli portretowych: mnichów i dziesięciu Żydów, którzy rozsławili Polskę. Była to przygoda nie tylko formalna, ale też okazja do lepszego poznania tych fascynujących postaci. Pierwszy cykl został zainspirowany filmem Wielka cisza, nakręconym w klasztorze kartuzów przez Philipa Gröninga. Zafascynowała mnie zwłaszcza postać najstarszego w klasztorze mnicha, który w sposób niezwykle przejmujący opowiadał o śmierci. Z kolei cykl „żydowski”, choć powstał na zamówienie MOCAK-u, miał dla mnie osobisty charakter, bo sama mam żydowskie korzenie.

A.J.M.: Mnie najbardziej w tych portretach podoba się, z jaką pieczołowitością i równocześnie wrażliwością podchodzisz do ukazywania twarzy portretowanych, równocześnie schematycznie traktując przedstawienie ich figur.

B.S.: Doszłam do takich rozwiązań formalnych, malując najpierw nasz portret małżeński na podstawie fotografii wykonanej przez córkę. Moim zdaniem zostawienie niewykończonych „sylwetek” naprawdę działa najlepiej, bo niestety „zepsułam” nasz wizerunek, wykańczając go właśnie w konwencjonalny sposób.

A.J.M.: Na sztalugach dostrzegam kolejne portrety.

B.S.: Pracuję teraz nad cyklem portretów malarzy polskich, Aleksander Gierymski jest już gotowy. Początkowo myślałam, że rozpocznę od niego, a skończę na portrecie Witkacego, ale ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy może lepiej nie wziąć na warsztat artystów współczesnych. Zobaczymy, sprawa jest rozwojowa!

A.J.M.: Czy możesz zdradzić swoje najbliższe plany wystawiennicze?

B.S.: Planuję zorganizować wystawę moich prac we wrześniu, ale zanim to nastąpi, bardzo chciałabym urządzić sobie letnią pracownię na wsi, w stodole, bo w czasie pandemii, po raz pierwszy w życiu, spędziłam sporo czasu poza Poselską 18.

A.J.M.: Dziękuję za rozmowę.

http://www.beatastankiewicz.pl/