pracownia Mateusza Szczypińskiego

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Mateuszem Szczypińskim rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Pracujesz w jednym z pokojów (...)

Z  Mateuszem Szczypińskim rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Pracujesz w jednym z pokojów w Twoim mieszkaniu. Jak wpływa na „higienę” życia brak rozdzielenia strefy związanej z pracą i życiem codziennym?

M.Sz.: Dla mnie ta sytuacja jest bardzo wygodna, pracownię mam zawsze „pod ręką”, mogę w każdej chwili zacząć lub zakończyć malowanie, a nie wygospodarowywać konkretny czas na pracę (wliczając w to dojazd do pracowni). Ten mój system działania twórczego sprawdza się od kilkunastu lat i jestem z niego bardzo zadowolony. Miałem różne wcześniejsze próby z pracowniami poza domem. Pierwszą zorganizowałem sobie w garażu, którego wcześniej używał mój dziadek, drugą – naprawdę dużą – w domu rodzinnym. Tam miałem teoretycznie warunki idealne, bo gdy rodzice budowali dom, udało mi się ich namówić, by całe poddasze było pracownią. Wszystko sobie mogłem zaprojektować i ułożyć jak chciałem. Jednak te miejsca, właśnie ze względu na konieczność wydzielenia konkretnego czasu na pracę, w moim wypadku się nie sprawdzały.

A.J.M.: Twoja pracownia mieści się w urokliwej, modernistycznej kamienicy z okresu międzywojennego. Lubisz tutaj mieszkać i pracować?

M.Sz.: Tak, do jej zalet należy, że wszędzie mam blisko, a lokalizacja na krakowskim Salwatorze sprawia, że centrum mam w zasięgu krótkiego spaceru, a z drugiej strony, ponieważ lubię robić sobie aktywne przerwy w pracy, wyskoczyć na rower czy pobiegać, to jest to możliwe, bo kilometr stąd już wyjeżdżamy z centrum miasta.

A.J.M.: Nie ulega więc wątpliwości, że lubisz tutaj działać twórczo, ale czy mógłbyś nazwać swoją pracownię idealnym miejscem do pracy?

M.Sz.: Zawsze może być lepiej. Gdybym miał mieć idealną pracownię, to wyobrażam ją sobie jako taki white cube, zdecydowanie większy niż przestrzeń, w której pracuję. Lubię mieć możliwość zawieszenia na ścianach pewnej ilości starszych prac i zestawiania ich z tym, nad czym aktualnie pracuję. Potrzebuję też trochę czasu na przedłużenie momentu zakończenia pracy nad obrazem, takie ostateczne „przecięcie pępowiny”… Obrazy więc wiszą, a ja daję sobie wtedy jeszcze czas, by ewentualnie wrócić do nich i coś zmienić lub poprawić.

A.J.M.: Jak zatem wygląda Twój dzień w pracowni?

M.Sz.: Zaczynam pracę z „czystą głową” to znaczy w takiej sytuacji, gdy wiem, że nic nie będzie mnie rozpraszać – to szczególnie ważne, gdy zaczynam lub kończę tworzenie obrazu. Staram się nie robić nic na siłę, więc gdy jestem zmęczony, lubię sobie urządzić przerwę, zająć się czymś innym, oczyścić głowę. Czasami trzeba odejść od obrazu po 20 minutach pracy, a kiedy indziej obraz potrzebuje, żeby nad nim pracować przez kilka lub kilkanaście godzin bez przerwy. Jestem przekonany, że nieraz lepiej zostawić go na jakiś czas, niż zepsuć przez pośpiech albo taką pracę „na siłę”.

W trakcie pracy nałogowo słucham audiobooków lub różnego rodzaju podcastów, rzadziej muzyki, ale ogólnie nie lubię malować w ciszy. Choć co jakiś czas siadam przed obrazem i na niego patrzę, zastanawiając się, co robić dalej, i akurat to robię w zupełnej ciszy. Zaczynam działać w pracowni od rana (nie o świcie), nie lubię pracować nocą, kiedy jestem śpiący. Najtrudniej jest mi zacząć i zakończyć obraz, etap w środku jest trochę łatwiejszy, natomiast początek i finisz wymagają ode mnie największego skupienia, odcięcia się od świata zewnętrznego. Co jest dla mnie równie istotne, to stałe warunki pracy, czyli zawsze maluję przy sztucznym, jednolitym świetle i mam zasłonięte tkaniną okno. W pracowni zwykle towarzyszy mi moja kotka, która pilnuje, bym co jakiś czas robił sobie przerwę i przy okazji ją nakarmił…

A.J.M.: Wspomniałeś, że lubisz wieszać na ścianach pracowni swoje obrazy, ale zauważyłam też dzieła innych artystów, należące do Twojej kolekcji. Nie rozpraszają Cię podczas pracy?

M.Sz.: Wręcz przeciwnie, pozwalają mi uświadomić sobie, że problemy malarskie, z jakimi się mierzę, inni rozwiązują po swojemu, są różne estetyki i style tworzenia, zapewniają mi więc oddech, pozwalają spojrzeć na to, nad czym aktualnie pracuję, z trochę innej perspektywy. Pomagają w nabraniu zdrowego dystansu do moich działań artystycznych. Czasem, szczególnie gdy długo nad czymś pracuję, potrzebuję zmienić perspektywę w patrzeniu na to, co robię. I można to robić na różne sposoby, ustawiając obraz w nowym otoczeniu, obracając go „do góry nogami” albo właśnie patrząc na inne obrazy. To bywa inspirujące, umożliwia odkrycie go na nowo.

A.J.M.: Czy fakt, że jesteś nie tylko dyplomowanym malarzem, ale także historykiem sztuki, wpłynął na Twoje malarstwo?

M.Sz.: W jakimś stopniu na pewno, choć paradoksalnie może wcale nie chodzić o tematy, które podejmuję w twórczości. Zacząłem studiować historię sztuki, bo sztuka interesowała mnie nie tylko w wymiarze praktycznym, ale także teoretycznym. Ale już podczas studiów uświadomiłem sobie, że sposób patrzenia na sztukę w stricte naukowy sposób jednak mi nie odpowiada. Bardzo dużą wagę przywiązuję do intuicji, wypowiadam się poprzez obraz, a nie słowami, podjąłem więc w pewnym momencie świadomą decyzję, że wprawdzie maluję obrazy inspirowane ikonicznymi pracami z historii sztuki, ale to nie jest opowieść naukowa. Choć w warstwie tematu prace rzeczywiście związane są z historią sztuki, to moje podejście do tworzenia budowane jest bardziej w opozycji do niej, to znaczy zawsze ważniejsza jest dla mnie intuicja niż jakieś teoretyczne założenia. Lubię, gdy obraz mnie w jakiś sposób zaskakuje, jest niedopowiedziany. Nie jestem za to fanem sztuki, która ma być „ilustracją” do jakichś teoretycznych założeń.

A.J.M.: „Na warsztat” wziąłeś więc prace czołowych modernistów czy nawet wczesnorenesansowych twórców, równocześnie nie stroniąc od fascynacji kulturą popularną…

M.Sz.: Tak, to prawda, zawsze interesowałem się funkcjonowaniem pewnych ikonicznych obrazów, wzorów w masowej świadomości. To jak pewne obrazy wryły się w sferę sacrum naszej kultury. I nie chodzi mi tu o sacrum w stricte religijnym sensie, ale raczej takim poszukiwaniem pierwiastków metafizycznych, nie do końca racjonalnych. Obrazy inspirowane historią sztuki mają wspólną genezę, z jednej strony przypominają o przeszłości, z drugiej staram się wydobyć z nich nowe znaczenia, współczesne konteksty. Tu nie bez znaczenia jest technika, którą się posługuję, czyli kolaż. Można powiedzieć że ta technika bazuje na tym, że bierzemy pewien gotowy materiał graficzny, dekonstruujemy go, mieszamy z czymś innym i otrzymujemy coś zupełnie nowego. Wyburzamy i budujemy na nowo. Czasem wystarczy tylko osadzić coś w nowym kontekście i już zmienia się wymowa danej pracy. Dla mnie bardzo ważne jest czerpanie z przeszłości, ciekawi mnie, jak pewne wątki osadzone są w historii, ale także jak można je rozegrać na nowo.

Choćby w pracach, w których posługuję się krzyżówkami z czasopisma „Przekrój”, otwiera się szerokie pole interpretacji; pragnę wykorzystać minione estetyki graficzne, podkreślić pewne analogie z abstrakcją. To właśnie taka gra, gdzie zmiana kontekstu prezentacji danego obiektu zupełnie zmienia jego wymowę. Ta zmiana kontekstu wywodzi się z kolażu i z tego, o czym mówiłem wcześniej. Myślenie kolażowe właśnie na tym polega, na zaskakujących i nieoczywistych zestawieniach elementów, z których rodzi się nowa jakość.

A.J.M.: Dla mnie prace kolażowe poprzez powtórne używanie dawnych materiałów bardzo silnie przenika nostalgia, odnoszę więc wrażenie, że ten duch retro, nostalgii wyczuwalny jest silnie w większości Twoich dzieł. Czy fakt, że pracujesz „z przeszłością” wpłynął na to, że w przeciwieństwie do wielu artystów zdecydowałeś się pozostać w Krakowie i nie przeniosłeś się do stolicy, gdzie bije serce polskiego rynku sztuki?

M.Sz.: Ja po prostu lubię klimat tego miasta, gdzie życie płynie nieco wolniej niż w Warszawie. Wprawdzie jestem reprezentowany przez czołową warszawską galerię, lokal_30, ale nie wiąże się to z koniecznością przeprowadzki do stolicy. Nie uważam też Krakowa za pustynię artystyczną, środowisko twórcze jest tu silne, no a kiedy mam ochotę odwiedzić Warszawę, to wsiadam w samochód lub pociąg i po niespełna trzech godzinach jazdy tam jestem. Gdybym zdecydował się na opuszczenie Krakowa, to chciałbym raczej bardziej radykalnej zmiany i najpewniej osiedliłbym się za granicą.

A.J.M.: Chciałabym zapytać Cię teraz o metodę twórczą, bo zauważyłam na Twojej stronie internetowej, że prace masz precyzyjnie podzielone na różne kategorie: abstrakcje, krzyżówki, muzeum.

M.Sz.: Na początku przygody z malarstwem nigdy nie starałem się pracować cyklami. Zawsze najważniejszy był konkretny obraz, który realizowałem, i nawet zależało mi, by kolejne prace nie były do siebie podobne, ale w pewnym momencie pojawiły się grupy obrazów, które zaczęły wykazywać powinowactwa, tworząc w sposób pierwotnie niezamierzony, cykle. Zacząłem tak grupować prace dopiero po jakimś czasie, i często były to podziały umowne. Oczywiście teraz, gdy pracuję nad jakimś obrazem, mogę mniej więcej określić, do którego cyklu wchodzi, choć nie zawsze jest to oczywiste. I tu pojawia się jeszcze jedna kwestia związana z moim trybem działania, a mianowicie praca równocześnie nad kilkoma różnymi obrazami lub cyklami. Chodzi o to, że staram się utrzymać taki stan, by nie popaść w „bezpieczną rutynę”, dlatego gdy skończę dany obraz, chcę, by kolejny był zupełnie inny. Chodzi też o uczucie zmęczenia przy niektórych typach prac, na przykład tworzenie „krzyżówek” jest bardzo pracochłonne i jedna zajmuje mi często miesiąc lub dwa, a po takim czasie muszę zająć się czymś innym, trochę oczyścić głowę. Aktualnie pracuję równocześnie nad trzema cyklami malarskimi (Krzyżówki, UtopieMuzeum). To są zupełnie różne pod względem tematycznym prace, jedne pozwalają mi na odpoczynek od drugich. Skoro cykle to taki dość umowny podział, nie zamykam ostatecznie żadnego z nich, czasem robię sobie przerwę – na rok, na dwa lata – ale daję sobie możliwość powrotu. Choć bywa, że gdy po takim czasie zaczynam „kontynuację”, to okazuje się, że powstaje coś zupełnie nowego i muszę dodać nową zakładkę na stronie internetowej!

A.J.M.: Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej na temat cykli UtopieMuzeum, bo właśnie im poświęcasz ostatnio najwięcej uwagi?

M.Sz.: Bezpośrednim impulsem do stworzenia pierwszej pracy z cyklu Utopia było zobaczenie wystawy poświęconej Bauhausowi w Barbican Centre w Londynie i ta inspiracja pochodziła zarówno z tematu wystawy (Bauhaus, realizacje związane z ruchem), jak i miejsca jej prezentacji (zespół architektoniczny Barbican). W trakcie realizacji kolejnych obrazów chciałem się zmierzyć z tematem utopii, które pojawiały się szczególnie w sztuce pierwszej połowy XX wieku, które często nie wytrzymywały prób czasu albo wręcz zmieniały się w coś przerażającego (jak na przykład wykorzystywanie kultury i pewnych idei w sztuce państw totalitarnych). Dlatego te prace są trochę takimi „kronikami”, które jednak trudno osadzić w konkretnym czasie i miejscu. Jeśli się w nie wpatrzyć, to można dostrzec odniesienia do historii (ale zależało mi, by nie były zbyt dosłowne). Pragnąłem uzyskać takie wrażenie, że patrząc na obraz, nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy patrzymy na coś pozytywnego czy negatywnego. Może najlepszym słowem byłoby tu „niepokojące”? W tym projekcie ukazuję surrealistyczny obraz miasta jako metafory współczesnego świata i społeczeństwa, które – ubrane w hasła nowoczesności i postępu – skazane jest na ciągłe powtarzanie błędów przeszłości. Dystopijny obraz świata dziś staje się szczególnie aktualny, gdy nagle okazuje się, że stabilizacja, dobrobyt, pewne przywileje społeczne i może przede wszystkim bezpieczeństwo wcale nie są czymś oczywistym i danym na stałe. Żyjemy w świecie dominacji człowieka, dzięki ciągłemu i dynamicznemu postępowi nauki i techniki. Jednak często jest to dominacja głupia i pełna poczucia wyższości. Ludzi opanowała idea postępu, pędu ku nowej, świetlanej przyszłości. I rzeczywiście, wciąż zmieniający się świat wydaje się potwierdzać słuszność tej drogi. Jednak zmiany bywają powierzchowne: zmienia się nasze otoczenie, powstają nowe wynalazki, technologia i nauka sprawiają, że możemy więcej i wiemy więcej, ale ludzie jako gatunek nadal tkwią w swej plemiennej mentalności, rządzą nimi wciąż te same popędy i słabości. Różnicą jest tylko skala, w jakiej człowiek, właśnie dzięki postępowi, może oddziaływać na otaczający świat. I właśnie tym zdają się być wielkie utopie, o których mówię, „nowym wspaniałym światem”, będącym tak naprawdę tylko fasadą, za którą żyją wciąż ci sami jaskiniowcy.

Z kolei cykl Muzeum jest swego rodzaju kontynuacją cyklu Repetition związaną bezpośrednio z historią sztuki. W nim pozwalam sobie na więcej ekspresji malarskiej oraz eksperymentów formalnych. Cykl Muzeum jest powrotem do rzeczy, które robiłem kilka lat wcześniej, czyli reinterpretacją dzieł znanych z Historii Sztuki. Miesza ze sobą wątki i epoki, wychodzi poza ramy, które na różne „izmy” narzuca sama historia sztuki, buduje „wewnętrzne”, bardzo osobistego muzeum, złożone bardziej z wrażeń pewnych prac niż samych konkretnych obrazów. To cykl o dziełach, które są „wyciągane” z oryginalnych kontekstów i ram czasowych, w których powstały, i osadzane w nowych, trochę na zasadzie „co by było, gdyby…”. Dla mnie osobiście to też gra z tradycyjnym pojęciem kolażu, który rozumiem jako coś więcej niż technikę, właśnie bardziej jako przeplatanie pewnych wątków i estetyk, także w obrębie jednolitego medium, jakim jest malarstwo.

A.J.M.: Na zakończenie naszej rozmowy chciałabym Cię zapytać o aktywność wystawienniczą. Chętnie prezentujesz swoje prace w duetach z innymi artystami, lubisz taką rywalizację?

M.Sz.: Rzeczywiście miałem okazję realizować wystawy w duetach z innymi twórcami i każde z tych przedsięwzięć była zupełnie innym wyzwaniem. Nie traktuję tych pokazów jako rywalizacji, ale jako wzbogacające doświadczenie, rodzaj eksperymentu. Pierwsza z wystaw była efektem współpracy galerii lokal_30 oraz Parrotta Centemporary Art ze Stuttgartu. Z Sandro Parrottą poznaliśmy się na targach sztuki w Wiedniu i zrodził się wtedy pomysł, by zrealizować taką podwójną wystawę, w Stuttgarcie i w Warszawie. Obie galerie chciały zestawić prace moje oraz niemieckiego artysty Benjamina Bronniego. Chodziło z jednej strony o pewne podobieństwa w tematach naszych prac, a z drugiej strony o fakt, że jesteśmy rówieśnikami. Pierwsza wystawa to były w zasadzie dwie niezależne wystawy indywidualne, które wisiały obok siebie. Nie znaliśmy się z Benjaminem i każdy powiesił swoje rzeczy w dość indywidualny sposób, nie za bardzo zwracając uwagę, co robi drugi. Jednak gdy już się nieco poznaliśmy, porozmawialiśmy o tym, co robimy, co nas inspiruje, co się skąd brało, to drugą wystawę zmontowaliśmy już razem i nasze prace się w pewien sposób przeplatały.

Jeśli chodzi o współpracę z Moniką Powalisz, która jest dramatopisarką, scenarzystką i reżyserką, to z kolei był pomysł kuratorski Agnieszki Rayzacher. Chodziło o zestawienie kolekcji Moniki z moimi pracami. Monika zbiera wszelkie papierowe przykłady projektowania graficznego, głównie z okresu PRL-u, a więc materiały, które ja przeważnie wykorzystuję w kolażach. Myślę, że udało nam się stworzyć fajną sytuację, gdzie ta kolekcja i moje prace w ciekawy sposób się uzupełniały. Wiesz, ten temat zbieractwa, kolekcji, funkcjonowania pewnych obiektów w zależności od kontekstu, w jakim je przedstawiamy, to też jeden z problemów, które staram się pokazać w moich obrazach. Aktualnie trwa wystawa w HOS Gallery w Warszawie, gdzie można zobaczyć moje prace zestawione z realizacjami Ryszarda Winiarskiego. W zasadzie pomysł takiej wspólnej wystawy pojawił się jakiś czas temu, gdy zrealizowano w HOS Gallery wystawę ich kolekcji, na której można było zobaczyć prace artystów różnych pokoleń zestawione ze sobą. Wtedy pierwszy raz miałem okazję zobaczyć swoje krzyżówki zestawione z realizacjami Ryszarda Winiarskiego, ale też Stanisława Dróżdża i Wandy Gołkowskiej… Pomysł niesamowicie mi się spodobał. Z jednej strony mogłem wejść bezpośrednio w ten temat historii sztuki, który jest mi tak bliski, z drugiej ważny jest też dla mnie kontakt z przeszłością. I pomyślałem, że ciekawie byłoby to rozwinąć. Wraz z kuratorką Kasią Piskorz zaczęliśmy pracę nad tym projektem, a efekty można zobaczyć na właśnie trwającej wystawie. To zestawienie trochę przewrotne, ponieważ podobieństwo do prac Winiarskiego jest dość powierzchowne. Jego realizacje to matematyczne zgłębianie teorii przypadku – ja, realizując swoje krzyżówki, przypadek wykorzystuję trochę bardziej intuicyjnie. To korzystanie z pewnego znalezionego materiału, wykorzystywanego wcześniej przez inne osoby, krzyżówek, słów, liter, które defragmentuję i składam na nowo, budując jakieś nowe formy, w których warstwa malarska przenika się z gotowym obiektem.

A.J.M.: Czy możesz zdradzić swoje plany na przyszłość, chociaż obecnie w warunkach pandemicznych trudno jest cokolwiek planować…

M.Sz.: W zasadzie w ciągu ostatnich czterech miesięcy otwarłem dwie wystawy indywidualne, więc teraz pewnie przede wszystkim zamknę się w pracowni i będę pracował nad czymś nowym. Coś tam w przyszłości się może szykuje, ale wolę nie zapeszać, bo różnie to bywa z tymi planami J.

A.J.M.: Dziękuję za rozmowę

https://mateuszszczypinski.com/

http://lokal30.pl/artysci/mateusz-szczypinski/