pracownia Grzegorza Hańderka

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Grzegorzem Hańderkiem rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Jak się domyślam, pracownia, (...)

Z Grzegorzem Hańderkiem rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Jak się domyślam, pracownia, w której obecnie się znajdujemy, to Twoje kolejne miejsce do pracy. Jak tutaj trafiłeś?

G.H.: Długo pracowałem w domu, ale po narodzinach Franka nie było to już możliwe. Do niedawna miałem całkiem fajną przestrzeń niedaleko tyskiego lodowiska, choć nie najlepiej tam było ze światłem i trochę przytłaczająco audialnie. Klimat trochę jak z Białoszewskiego („szumy, zlepy, ciągi”), który swoją drogą bardzo lubię, w dłuższej perspektywie był jednak zbyt intensywny. Obecna pracownia to pierwszy krok w kierunku przeprowadzki do Katowic. Jestem tym miejscem zachwycony – zarówno ze względu na jego usytuowanie, jak i historię. Początkowo myślałem, że dźwięki i odgłosy dochodzące z Akademii Muzycznej będą zbyt absorbujące, ale jest przeciwnie. Lubię, kiedy przez okno wpadają do środka. Trudno mi to opisać. To chyba jakiś rodzaj unoszącej się energii, która bardzo stymuluje. Pracownia przechodzi obecnie generalny remont – dotąd pełniła funkcję przestrzeni do życia, a mnie interesuje przede wszystkim jako miejsce do pracy.

A.J.M.: Jak ważne są dla Ciebie ślady pozostawione przez jej poprzednich użytkowników?

G.H.: Nie sądziłem, że w ogóle będą ważne. Wiedziałem, że to miejsce ma swoją historię. Wciąż zresztą z różnych źródeł docierają do mnie fragmenty bardzo ciekawych opowieści. Podobnie jest z samym miejscem: materie śladów użytkowania czy kilka pozostawionych w nim marginalnych przedmiotów, które powodują, że jest ono nacechowane obecnością. I nie jest to w żaden sposób krępujące, przeciwnie – wytwarza jakiś spokój, który – jak się okazuje – nie musi wiązać się z całkowitą neutralizacją bodźców. Myślę, co zrobić z tym, co tu zastałem – mam poczucie, że mogę się uchwycić tych kilku drobiazgów. To daje poczucie działania w continuum. Nie interesuje mnie przy tym aspekt/wątek sentymentalny, ale raczej natura pewnego nieuchronnego procesu.

A.J.M.: Stwierdzenie i zarazem stan, jaki zastałyśmy w Twoim atelier – „pracownia podczas remontu” – jakie skojarzenia w Tobie wywołuje, czy może stać się inspirującym tworzywem „artystycznym”?

G.H.: Ten przedłużający się stan zawieszenia raczej frustruje – szczególnie w kontekście planów i terminów. Z drugiej strony gruntowny remont to właściwie prace archeologiczne. Pozwala zrozumieć nie tylko historię, ale i mechanikę tej przestrzeni. „Korekty” przestrzeni, które w moim wypadku polegają głównie na odejmowaniu, są de facto bardzo blisko tego, czym zajmuję się w sztuce.

A.J.M.: Moją uwagę przyciągnęła instalacja: (czarny okrąg) na podłodze. Czy możesz o niej opowiedzieć?

G.H.: Póki nie mogę korzystać z tej przestrzeni w pełni, jest ona czymś w rodzaju poligonu eksperymentów in situ. W tej konkretnej sytuacji ważny jest dodatkowo czynnik czasu. Ten odmyty fragment odsłania stan po zmianie – cienka warstwa kurzu wokół należy już do momentu przejściowego, w którym tkwimy. Wymywanie, zamiatanie – takie czynności spoza tzw. artystycznych działań wydają mi się coraz bardziej istotne. Są proste, bezpretensjonalne i zacierają pozorną granicę pomiędzy sztuką i codziennością.

A.J.M.: Jak wygląda Twój typowy dzień w pracowni? Jak często w niej bywasz? Czy w ogóle jako Rektor ASP masz czas na pracę twórczą?

G.H.: Z związku z nowymi obowiązkami „typowy” dzień w pracowni nie istnieje. Ale też nieszczególnie za nim tęsknię. Moja praca w sporej części nie jest związana z konkretnym miejscem. Właściwie pracuję non stop. Nigdy nie przychodziłem do pracowni, by w niej pobyć – zawsze miałem jakiś konkretny powód, który został wypracowany „na zewnątrz”. Choć z drugiej strony dziś, kiedy jestem takiego miejsca chwilowo pozbawiony, coraz częściej myślę o pracowni jako o enklawie prywatności, przestrzeni wyciszenia, resetu od bodźców etc.

A.J.M.: Kontynuując temat grafiki, co Cię pociąga w tym medium? Czy obecnie zauważalne „poszerzone pole grafiki” jej służy czy wręcz przeciwnie, powoduje jej „rozpłynięcie” się w morzu innych dyscyplin?

G.H.: Wydaje mi się, że odszedłem od klasycznie pojętej grafiki artystycznej. Pojęcie warsztatu przestało mieć dla mnie wartość samą w sobie. Nigdy zresztą nie chciałem definiować się w kontekście takiej czy innej dyscypliny – sztuka nie lubi (tak myślę i taką mam nadzieję) dyscypliny. W wyniku „graficznych” doświadczeń została we mnie koncentracja na procesie – przekonanie, że w samej procedurze zawiera się całkiem spora porcja sensu. I że sztuka może być nawet przede wszystkim śladem tego procesu.

A.J.M.: Wiem, że pociągają Cię eksperymenty z różnymi mediami. Czy mógłbyś opowiedzieć, kiedy dwuwymiarowa powierzchnia obrazu, odbitki przestała Ci wystarczać?

G.H.: Właściwie od początku – patrząc na to „formalnie” – interesował mnie aspekt przestrzenny. Jego znaczenie, zmienność, dynamika. Medium jest sprawą wtórną, tzn. ściśle podporządkowaną przyjętym założeniom. Chyba że jest tematem – ale nawet wtedy interesuje mnie bardziej jako fenomen niż jako zagadnienie formalne czy estetyczne.

A.J.M.: Czy mógłbyś opisać swoją metodę twórczą…

G.H.: Nie mam metody. Każdy powód implikuje jakąś metodę. Mentalnie skłonny jestem raczej redukować środki i narracje. To, co robię, to raczej wydobywanie pewnych zjawisk i praca na niskich częstotliwościach. Raczej ślad wpatrywania się i wsłuchiwania niż tzw. wypowiedź.

A.J.M.: Realizujesz się nie tylko jako artysta, ale i jako pedagog, prowadząc pracownię interpretacji literatury. Nie ukrywam, że zaintrygowały mnie te relacje, związki między sztukami wizualnymi a słowem, które jak się domyślam, eksplorujesz ze swoimi studentami?

G.H.: Nazwa nie do końca odpowiada temu, czym się zajmujemy w pracowni (chyba będziemy musieli rozpisać konkurs na nową nazwę). To raczej interpretacje tekstów kulturowych. Może jakoś tak… Twórczość i uczenie to dla mnie dwa równoległe, powiązane, a jednocześnie osobne wątki. Kształcenie odnosi się przede wszystkim do wrażliwości potrzebnej do rozpoznania własnego doświadczenia w kontekście dynamiki zmian różnorodnych tekstów kultury, werbalizacji myśli, analizowania i artykułowania problemów w toku konceptualizacji idei-formy. Ale w równym stopniu odnosi się również do relacji i komunikacji. Tylko tyle i aż tyle.

A.J.M.: Na koniec zwykle pytam artystów o ich plany na przyszłość, wystawiennicze i nie tylko. Nie inaczej będzie tym razem.

G.H.: Dzisiaj to nawet nie przyszłość, ale teraźniejszość planuje za mnie. To doświadczenie – może w tej chwili intensywne, czasem nawet ekstremalne – jest bardzo pouczające i nie sądzę, żebym myślał inaczej w chwili, kiedy tempo nieco zwolni. Nie żyjemy w próżni, więc musimy z „naszymi” okolicznościami znaleźć jakąś równowagę, mimo że świat nieustannie nas z niej wytrąca.

A.J.M.: Dziękuję za rozmowę.