pracownia Łukasza Stokłosy

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Łukaszem Stokłosą rozmawia Martyna Nowicka Martyna Nowicka: Jednym z powodów, dla (...)

Z Łukaszem Stokłosą rozmawia Martyna Nowicka

Martyna Nowicka: Jednym z powodów, dla których chciałam porozmawiać z Tobą o pracy i Twojej pracowni, jest fakt, że ze znanych mi artystów w najbardziej radykalny sposób łączysz swoje życie prywatne z pracą artystyczną. Czy dobrze rozumiem, że połączenie domu i pracowni to w Twoim wypadku wybór, a nie konieczność?

Łukasz Stokłosa: Zdecydowanie. Lubię mieć pracownię pod ręką i trudno mi sobie wyobrazić, że pracuję gdzie indziej. Raczej mogę założyć, że gdybym pracował gdzieś poza domem, prędko skończyłoby się tak, że zamieszkałbym w pracowni.

M.N.: Pracujesz tak dużo?

Ł.S.: Przede wszystkim – tak nieregularnie. Żeby malować, muszę mieć pomysł i nastrój, są takie tygodnie, kiedy jestem gotowy do pracy codziennie czy przez kilka dni w tygodniu, ale zdarza się i tak, że przez dwa tygodnie nie powstaje żaden obraz. Mógłbym też powiedzieć, że ta nieregularność dotyczy pór dnia, ale to nieprawda, bo pracuję głównie w nocy, gdzieś w godzinach między 22 a 6 rano. Czasem oczywiście po prostu maluję, ale ostatnio więcej pracuję nad dużymi kompozycjami, praca polega też na tym, że siedzę przed obrazem i przez godzinę, dwie zastanawiam się, co zrobić z kompozycją. Najwygodniej mi tak działać w domu, nie wyobrażam sobie, że mógłbym gdzieś jechać, żeby siedzieć i sobie patrzeć – chociaż oczywiście wiem, że są artystki i artyści, którzy tak pracują. Chociaż ostatnio sam zaczynam sobie zadawać pytanie, czy właściwie mieszkam w pracowni, czy pracuję w domu.

M.N.: I jakiej odpowiedzi sobie na nie udzielasz?

Ł.S.: Wychodzi na to, że mieszkam w pracowni, malarstwo już dawno przejęło kontrolę.

M.N.: Malujesz w sypialni.

Ł.S.: A to pomieszczenie, niby-pracownia, jest też salonem. Wszystko jest tu wielofunkcyjne.

M.N.: Nie masz poczucia, że malarstwo Cię pożera, zajmuje za dużo miejsca? O szóstej rano nie marzysz o tym, żeby zamknąć za sobą drzwi, zjeść śniadanie, nie patrzeć już na obrazy?

Ł.S.: Nie, jeśli mam dość obrazu, to go po prostu zdejmuję ze ściany, zamykam tutaj, nie wchodzę. Myślę, że malarstwo już dawno mnie pożarło. Nie myślę o tym, nie potrzebuję od niego wakacji. Nie zastanawiam się nad obecnością obrazów w mojej przestrzeni, nie przeszkadzają mi, więc nie są balastem. Czasem przeszkadza, że jest w tej przestrzeni tyle rzeczy, ale to kwestia mojego charakteru, a nie zmęczenia malarstwem.

M.N.: No tak, dwa lata temu miałeś jedną roślinę.

Ł.S.: A dziś nie mogę otwierać okna, żeby nie zniszczyć lilii.

M.N.: Kolekcjonujesz też inne rzeczy – ostatnio zdałam sobie sprawę, że Twoja kolekcja płyt DVD to ewenement.

Ł.S.: To prawda… Płyty DVD postanowiłem kupić kilka lat temu, żeby zarchiwizować materiały, z których korzystam. W ogóle staram się pracować na zdjęciach czy filmach, które mam zapisane na nośnikach, żeby móc do nich uzyskać dostęp. Z sieci przecież znikają.

M.N.: Archiwizacja, choć niewidoczna w Twoich obrazach, jest bardzo ważną częścią procesu twórczego.

Ł.S.: Obrazy często maluję ze zdjęć – fragmenty ogrodów, muzeów czy pałaców. Jednak, poza sytuacjami, kiedy odnoszę się do konkretnych filmów, wszystkie obrazy powstają na podstawie moich zdjęć – zależy mi na tym, żeby na obrazach pojawiało się moje spojrzenie, moja pamięć, traktuję to, jakbym malował ze szkiców. Można powiedzieć, że archiwum fotograficzne pełni w moim wypadku rolę szkicownika.

M.N.: Od czego zaczynasz malowanie obrazu?

Ł.S.: Tak naprawdę zazwyczaj od poprzedniego obrazu. Jeden przechodzi w drugi, motywy się łączą, można powiedzieć, że zwykle maluję etapami, kontynuuję wątki. Inspiracje są różne – jestem w jakimś miejscu, oglądam film, czytam fragment w książce, uruchamia się ciąg wyobrażeń. Taki początek potem obudowują kolejne zdarzenia – wymyślam koncepcję, szukam elementów, myślę nad kompozycją. Dopiero potem zaczynam pracę na płótnie.

M.N.: Czy tu szkicujesz?

Ł.S.: Ja w ogóle nie szkicuję! Szkicowałem na studiach, bo takie były wymagania, ale dla mnie to zawsze było pozbawione sensu. To samo mogę robić już przy obrazie, szkicowanie to dla mnie wytracanie energii, którą mógłbym wykorzystać do przygotowania ostatecznej wersji. Wracając do obrazu – zaczynam od ustalenia celu, potem zbieram materiały. W tym wypadku (siedzimy przed tryptykiem z motywami ogrodowymi) chciałem zrobić kompozycję ogrodową, do której wykorzystam trzy różne formaty, połączone ze sobą. Potem podejmuję decyzje o gamie kolorystycznej, nastroju, techniczne, ale ważne dla odbioru – czy ma być świetlisty, czy raczej nokturnowy. Tu motywem była czerwień, krwista, pełna gęstego światła. Przeglądam w archiwum zdjęcia ogrodów, wybieram – na tym etapie nadal wszystko dzieje się w mojej głowie.

M.N.: Drukujesz potem zdjęcia? Przypinasz je sobie do płótna?

Ł.S.: Korzystam z rzutnika, zestawiam przy jego pomocy – decyduję, czy konkretny fragment powinien być niżej czy wyżej. Bardzo lubię jednak ten moment, kiedy między moimi założeniami a realizacją pojawia się pęknięcie, coś się nie zgadza i już na powierzchni płótna muszę zrównoważyć kompozycję albo skomplikować coś zbyt prostego. Lubię działać wbrew temu, co już jest na płótnie. Tracę kontrolę, obraz przestaje zależeć ode mnie – pojawia się błąd, a ja muszę go zaakceptować albo poprawić. Czuję, że coś nie powinno się pojawić w tym miejscu, muszę dokomponować coś innego, przemalować.

M.N.: Czy te pęknięcia idą czasem za daleko?

Ł.S.: Tak. Czasem już na początku widzę, że zrobiłem coś, czego nie da się naprawić. Kiedy czuję, że coś mnie uwiera, denerwuje, zostawiam obraz i do niego nie wracam.

M.N.: Złości Cię to?

Ł.S.: Raczej smuci. Ostatnio odrzucam coraz częściej.

M.N.: Więcej od siebie wymagasz czy więcej ryzykujesz?

Ł.S.: Wydaje mi się, że zmienił się mój sposób pracy i podejście do obrazu. Maluję dłużej niż kiedyś – wcześniej siadałem i malowałem szybko, czasem kończyłem w jednym podejściu, więcej zostawiałem przypadkowi, obrazy były bardziej rozwibrowane. Teraz dążę do większej kontroli nad obrazem, więc jak coś zaczyna mi zgrzytać, to odpuszczam, zamiast w nieskończoność przemalowywać.

M.N.: Skoro zaczynasz malowanie od poprzedniego obrazu, to gdzie jest początek tego, który wisi przed nami?

Ł.S.: W tym kolorze. Ale też, bardziej przyziemnie, chciałem wziąć udział w konkursie Victora Pinchuka (śmiech), więc potrzebowałem pracy, której wcześniej nie pokazywałem. Od dawna chodziło mi po głowie zrobienie czegoś na trzech panelach, jakiejś kompozycji ogrodowej. Mógłbym jednak pociągnąć tę nić dalej – wielkoformatowe kompozycje ogrodowe wynikają z obrazów bitewnych, a bitwy? Wszystko zaczęło się od konia.

M.N.: Jakiego konia?

Ł.S.: Sąsiad, który usłyszał, że jestem malarzem, poprosił mnie, żebym mu namalował konia. To namalowałem, a potem szybko apetyt rósł, przeniosłem się na większe formaty.

M.N.: Wspomniałeś już, że ważnym elementem w Twojej pracy są zdjęcia. Pamiętam, że to w pierwszej chwili było dla mnie duże zaskoczenie, bo Twoje pejzaże czy wnętrza mają często taki oniryczny charakter. Dlaczego sięgasz po konkretne kadry z filmów lub własne zdjęcia?

Ł.S.: Zależy mi na tym, żeby na moich obrazach były konkretne miejsca, nie tylko ze względu na wygląd, ale i ich historię. Za każdym razem interesuje mnie ta nić, która biegnie od obrazu do miejsca i związanej z nim narracji. Dlatego staram się, żeby te przestrzenie czy postaci były rozpoznawalne, zbyt daleko idące interpretacje odrywają przedstawiony obraz od jego źródeł, dlatego dosłownie przenoszę elementy, a nie maluję swoje wyobrażenia o konkretnych miejscach. Oczywiście maluję w swoim stylu, ale krzaki będą tam, gdzie na zdjęciu, baza jest z konkretu.

M.N.: Czyli ważna jest rzeczywistość?

Ł.S.: Pamięć. Jeżeli pojedziesz do Wersalu, staniesz i popatrzysz na panoramę parku, to rozpoznasz miejsce z moich obrazów. Zależy mi na odwołaniu do pamięci, do rozpoznawalnych obrazów, bo maluję przecież popularne miejsca.

M.N.: Ale też serię erotyków.

Ł.S.: W wypadku erotyków też zależy mi na odwołaniu do konkretnych filmów pornograficznych, ale przede wszystkim – na odniesieniu do tej sztucznej rzeczywistości. W filmie porno niby oglądamy seks, ale przecież nie wiemy, czy oni grają, czy naprawdę uprawiają seks.

M.N.: Czy to ogród, czy fantazja o ogrodzie, dzieło architekta.

Ł.S.: Portret królowej? Aktorki grającej królową? Czy może pokazuję rolę? Jesteśmy jako odbiorcy zagubieni. A przecież jest jeszcze kolejna warstwa – obraz.

M.N.: Czego nie malujesz?

Ł.S.: Nie maluję rzeczy osobistych ani tego, co mnie otacza. Interesuje mnie to, co rozpoznawalne przez innych – nawet jeśli hoduję lilie, a potem je maluję, one odnoszą się do tradycji martwych natur, a nie do moich kwiatów z pokoju. To nie osobiste, chociaż to ja podjąłem decyzję i malowałem. Kiedy zainteresowałem się Dynastią, to nie tylko dlatego, że zrobiła na mnie wielkie wrażenie, kiedy byłem dzieckiem: chciałem wiedzieć, jak odbierali ją inni.

M.N.: A jednak nawet Dynastia to już niewspółczesne odniesienie.

Ł.S.: Ważny jest też dystans, pewna obcość, której różne kody kulturowe nabierają z czasem. Lubię malować rzeczy, które straciły już swoją pierwotną funkcję, prawie nie pamiętamy już, do czego służyły – taki mundur zamknięty w gablocie zachował dziś głównie swój odświętny charakter.

M.N.: Czy przestrzeń ma wpływ na to, co malujesz?

Ł.S.: Myślę, że tak – sam jestem to w stanie zobaczyć w swoich pracach, ale to zmiany drobne, trudne do uchwycenia. Sama pracownia na pewno ogranicza – od dwóch lat maluję duże formaty i po prostu zaczyna mi brakować miejsca. Chciałbym mieć odejście, móc sobie potestować na spokojnie, coraz więcej myślę o jakiejś podmiejskiej pracowni, żeby móc wypróbować różne pomysły. Poza tym przy większych formatach w mieście zaczynam czuć, jak wiele problemów się z tym wiąże: obraz trzeba móc przenieść przez drzwi, wykręcić z nim na klatce schodowej.

M.N.: Co masz na myśli, kiedy mówisz „podmiejska pracownia”? Halę, gdzie mógłbyś od czasu do czasu przyjeżdżać?

Ł.S.: Nie, raczej dom z ogrodem, gdzie byłoby więcej miejsca i dobre światło. Wygląda na to, że nie wystarczyłoby mi miejsce, gdzie mogę przyjechać, żeby pracować, tylko miejsce do życia. Pracownia, a nie miejsce produkcji prac.

M.N.: Jak widzisz tę różnicę?

Ł.S.: Ha, dobre pytanie. Wychodzi na to, że myślę o tej możliwości obrastania rzeczami, łączności z przestrzenią. Dopiero kiedy to się pojawia, jest pracownia.

M.N.: Jaki masz stosunek do odwiedzin w pracowni? Wedle jakiego klucza wieszasz prace innych artystów?

Ł.S.: Malowanie to dla mnie samotna czynność, a moja własna pracownia nie wydaje mi się ciekawym miejscem. Zazwyczaj, kiedy ktoś mnie tu chce odwiedzić, zgadzam się, ale czuję się trochę zaskoczony tym pytaniem. Czy ktoś chce oglądać moją paletę? Pędzle? Myślę też, że ten „nieinteresujący” charakter mojej pracowni wiąże się z rozmyciem funkcji, jej wsiąknięciem w dom. Ale też, odwracając sytuację, lubię odwiedzać cudze pracownie. Prace innych to z kolei ten „domowy” element w pracowni: mam tu dzieła przyjaciół, świetnych artystów.

M.N.: A swoje prace jak wieszasz?

Ł.S.: Klucz można określić jako praktyczno-estetyczny. Czasem obrazy tu schną, te ściany to też mój magazyn. Układam prace w kompozycje, próbuję do wystaw, czasem przypadkiem coś się ułoży tak dobrze, że mam ochotę to potem wykorzystać. Na przykład ten krzyżowy układ za nami – erotyki, mundur z muzeum, kwiaty, Visconti; mógłbym to tak kiedyś pokazać.

M.N.: To prace z różnych okresów, prawda? Każdy z tych wątków to inny moment Twojej twórczości, ale świetnie się uzupełniają.

Ł.S.: To prawda, najstarsza z tych prac powstała w 2013 roku, najnowszą namalowałem w tym. Można powiedzieć, że matrix się rozbudowuje, do mojego kosmosu dodaję kolejne elementy.

http://zderzak.pl/
https://krupagallery.pl/
http://www.lukaszstoklosa.com/start/
https://www.instagram.com/luk.stoklosa/?hl=pl