pracownia Marleny Biczak

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Marleną Biczak rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Podobno pracownia, w której działasz, należała (...)

Z Marleną Biczak rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Podobno pracownia, w której działasz, należała kiedyś do legendarnego grafika Jerzego Panka? Jak do niej trafiłaś?

M.B.: Tak, to prawda. Mam to szczęście przebywać w miejscu, które jeszcze do niedawna znałam tylko z opowieści. Czasami, przeglądając jakieś katalogi, trafiam na zdjęcie Jerzego Panka zrobione właśnie tu, na Szerokiej, i mimo tego, że przestrzeń wygląda zupełnie inaczej niż w tej chwili, z satysfakcją rozpoznaję to miejsce. Na tych fotografiach lubię wypatrywać detali, które mimo zmiany układu świadczą, że to jednak ciągle to samo wnętrze. Wcześniej, zanim w ogóle pojawiła się jakakolwiek myśl o tym, że to miejsce stanie się kiedyś moją pracownią, dużo o nim słyszałam. Najbardziej utkwił mi w pamięci wątek okien, które celowo nigdy nie były tam myte. Panek twierdził, że dzięki brudnym szybom miał w pracowni naturalnie rozproszone światło, co w pracy z matrycą jest faktycznie cenne. Mówiąc to, sama zaczęłam podświadomie liczyć w głowie, ile razy je umyłam i stwierdzam, że ta zasada chyba po prostu obowiązuje na Szerokiej niezależnie od panującego w niej artysty…

Od razu po Panku pracownia trafiła do Krzyśka Tomalskiego. To tylko potwierdza, że ta przestrzeń została stworzona dla grafików. Mam tylko nadzieję, że dam radę udźwignąć jej ciężar.

A.J.M.: Pracownia sprawia wrażenie wnętrza wręcz sterylnego, w którym dominantę kolorystyczną stanowi biel, trochę kłócąc się z potoczną wizją warsztatu grafika…

M.B.: Właściwie już wtedy, kiedy weszłam do pracowni po raz pierwszy, urodziło mi się w głowie pewnego rodzaju wyobrażenie o tym miejscu. W tamtym czasie moja przyjaciółka urządzała swój dom w Częstochowie, w związku z czym byłam mocno zaznajomiona z wszelkimi wnętrzarskimi „patentami”. Siłą rzeczy chciałam przemycić z nich choć trochę dla siebie, na ten swój pracowniany grunt. Od samego początku próbowałam urządzić ją tak, by przyjemność spędzania w niej czasu wiązała się nie tylko z samą możliwością tworzenia, ale też tymi wszystkimi pobocznymi historiami, które dla mnie osobiście są akurat bardzo istotne. Wypicie kawy w wizualnie przyjemnym dla oka, jasnym otoczeniu, w towarzystwie palm, kaktusów i patrzących ze ścian znakomitych grafik kolegów z Akademii, to dla mnie duża zachęta do codziennego działania. Dodatkowo, mam w sobie pewnego rodzaju opór objawiający się niemożnością skupienia w wizualnym chaosie. Nadmiar rzeczy i kolorów bardzo mnie rozprasza. Dopóki nie odczuwam wokół siebie jakiejś wizualnej spójności, względnego porządku – nie jestem w stanie za nic się zabrać. Jak widzisz, ta przestrzeń jest bardzo niewielka i bardzo łatwo mogłaby się stać przytłaczająca. Biel, o której wspomniałaś, to zwyczajny zabieg zminimalizowania bodźców i ukrycia tych mniej istotnych elementów pracowni.

W 2019 roku otrzymałam stypendium Młoda Polska na wyposażenie pracowni graficznej. I to właśnie dopiero wtedy przestrzeń wypełniła się moimi ulubionymi elementami, które dziś grają w niej chyba pierwsze skrzypce. Pamiętam, że kiedy mówiłam o tych swoich wszystkich pomysłach zakupowych znajomym z ulicy Humberta, wywoływałam wśród nich duże rozbawienie. Nikt, kto znał tę małą, trzydziestometrową przestrzeń, nie potrafił umiejscowić w niej jednocześnie dużej kanapy, biurka, stołu, kilku szaf, witrynek, szufladziaka na wielkoformatowe grafiki, a już na pewno nie prasy graficznej. Czas pokazał, że pracownia przyjęła te wszystkie elementy z dużą wyrozumiałością, zostawiając mi na środku całkiem sporą, otwartą przestrzeń. Od tego momentu uchodzi za miejsce zbudowane z gumy, które rozciąga się do pożądanego w danej chwili wymiaru.

A.J.M.: To nie jest Twoja jedyna pracownia, działasz też na Humberta, czyli na Wydziale Grafiki krakowskiej ASP, gdzie jesteś zatrudniona jako asystentka w pracowni miedziorytu. Czym różni się praca w obydwu pracowniach?

M.B.: Jestem na etapie realizacji projektu doktorskiego, którego znaczny fragment powstaje w moich ulubionych technikach, czyli trawionych. Wymaga to jednak dostępu do szerszego zaplecza warsztatowego niż sama prasa i narzędzia. Niezbędne jest osobne pomieszczenie, tzw. „kwaszarnia”, mieszczące pudło do tinty, butlę z gazem do przypalania kalafonii i kuwetę z kwasem azotowym – czyli to wszystko, od czego zostałam skutecznie odwiedziona w aranżowaniu prywatnej pracowni.

Do niedawna na Humberta miałam ten stereotypowy, „brudny” warsztat graficzny, a na Szerokiej sterylną przestrzeń przystosowaną bardziej do działań koncepcyjnych i projektowych.

Jednak ostatnimi czasy, dzięki pandemii, przeniosłam sporą część warsztatu także na Szeroką. Kiedy w marcu 2020 zostałam na kilka miesięcy zupełnie odcięta od możliwości wejścia do pracowni na ASP, żeby nie zwariować, szybko przestawiłam się na techniki suche, a właściwie na mezzotintę. Było to tak naprawdę momentem zwrotnym, w którym sporą część warsztatu oddelegowałam w nowe miejsce.

A.J.M.: Masz jakiś określony grafik, rytm pracy?

M.B.: Tak naprawdę pracuję codziennie. Myślę, że jak większość grafików pracujących w podobnych do mnie technikach cierpię na niedobór czasu. Nasza dziedzina jest nierozerwalnie związana z technologią, co sprawia, że powstanie „dzieła” bardzo rozwleka się w czasie. W tym procesie najwięcej czasu zajmuje czekanie, np. aż coś wyschnie, wystygnie, wytrawi się. To są codzienne, długie godziny oczekiwania, dlatego nauczyłam się pracować równolegle na bardzo wielu matrycach. Kiedy jedna blacha leży w kwasie, a drugą wkładam do kalafonii, to trzecia jest jednocześnie polerowana. Niestety łatwo się w tym zapomnieć i np. wytrawić blachę zdecydowanie za mocno względem spodziewanego efektu. Wtedy cały proces zamiast przyspieszyć – należy powtórzyć na nowo. Na szczęście mój warsztat pozwala na pewien margines błędu, a z matrycą da się pracować zarówno w przód, jak i w tył.

Wracając do sedna pytania: myślę, że nic nie działa na mniej lepiej niż systematyczna praca. Codzienna styczność z warsztatem pozwala mi poruszać się po nim dużo sprawniej i omijać jego technologiczne pułapki, na które natrafiam za każdym razem, gdy choć na chwilę wybiję się z pracownianego rytmu. W efekcie pracuję szybciej i przede wszystkim mogę skupić się na części artystycznej, a nie tylko nadzorować technologię.

A.J.M.: No właśnie, rozmawiając o „technologiach”, rytuałach graficznych, chyba mogę zapytać Cię o pewien incydent…

M.B.: Niedawno, zupełnie przypadkiem, wywołałam kompletnie irracjonalną internetową burzę wśród wyznawców purystycznego podejścia do technologii warsztatowych. Wstawiając na Instagrama zdjęcie, na którym dotykam swojej chwianej miesiącami blachy, jak się okazało, złamałam pewnego rodzaju „kodeks prawdziwej mezzotinty”. Technika ta ze względu na ogromny wkład pracy w przygotowanie matrycy jest utożsamiana raczej z niewielkim formatem, a w moim przypadku była ona w formacie 100×200 cm. Przekroczenie niepisanej zasady dotyczącej wielkości blachy wywołało lawinę niepochlebnych komentarzy, które nie tylko podważały wiarygodność mojego przedsięwzięcia, ale także sugerowały przekroczenie przeze mnie granic etycznych. Konkluzja wpisów była bowiem jednoznaczna – wykorzystuję studentów do własnych działań artystycznych. Dodatkowo poprzez położenie na matrycy rąk „utleniłam”, a co za tym idzie zniszczyłam świętą powierzchnię.


Jak widać grafika jest pełna kompletnie wyimaginowanych rytuałów. Mamy całą masę przedmiotów i narzędzi, sposobów i receptur pokazujących jedyną słuszną drogę do uzyskania „pożądanego efektu”. Na szczęście w większości przypadków zdajemy sobie sprawę, że są to już wyłącznie nieaktualne naleciałości technologiczne, a ich kultywowanie ma w sobie więcej mitu niż prawdy. Niemniej ciągle jest w nich coś pociągającego – na tyle, że ciężko na dobre się z nimi rozstać.

A.J.M.: Drążąc trochę uparcie kwestie warsztatu graficznego, chciałabym się dowiedzieć, co pociąga Cię w tradycyjnych technikach, w których najchętniej się wypowiadasz – mezzotincie i akwatincie?

M.B.: Rzadko kiedy udaje mi się zamknąć pomysł wyłącznie w jednej pracy. Zazwyczaj rozkłada się to na miniserie o podobnym motywie przewodnim. Często taka seria powstaje też z innej przyczyny niż chęć przygotowania cyklu. Niejednokrotnie – próbując wydobyć z matrycy jakiś konkretny obraz – odrzucam te, które w danym momencie nie sprostały mojej jednej jedynej wizji. Dążąc do upragnionego obrazu, zostaję w efekcie z całą serią matryc, którym dopiero po czasie pozwalam dojść do głosu i rozwijać się w różnych kierunkach.

Wydaje mi się, że ten skomplikowany, wklęsłodrukowy warsztat jest idealną przeciwwagą dla mojej natury. On stawia mi bardzo duży opór i mało kiedy ugina się do moich planów. Uczy mnie reagować na bieżąco. Od lat niezmiennie i z uporem maniaka przystępuję do nowej pracy z precyzyjnie przygotowanym szkicem. Ta wieczna walka między wyobrażeniem o tym, co powinna zawierać matryca, a jej faktyczną zawartością jakoś dziwnie mi odpowiada. Czasem kiedy wygrywam z tym silnym przeciwnikiem i jest „po mojemu”, odczuwam chyba najwyższy poziom satysfakcji.

A.J.M.: Co Cię inspiruje?

M.B.: To zależy, o co dokładnie pytasz, o warstwę ideową czy wizualną. W warstwie idei są to moje prywatne doświadczenia. Poprzez sztukę mówię zazwyczaj o tym, co tak naprawdę mnie porusza i co przeżywam. Z kolei, jeżeli chodzi o część wizualną, na pewno nie jestem w stanie wskazać artysty, którego sztuką świadomie bym się inspirowała. W podpatrywaniu konkretnych artystów stawiam większy nacisk na analizę ich technologicznych umiejętności niż zapożyczenie od nich konkretnych motywów budowania obrazu.

Tym, co mnie inspiruje, jest przede wszystkim światło. To ono jest pewnego rodzaju motywem przewodnim w moich grafikach. Chyba właśnie dlatego postanowiłam sięgnąć po technikę, której jeszcze do niedawna unikałam ze względu na wyjątkowo długi proces przygotowania matrycy. Mezzotinta zdaje się mieć najszerszy wachlarz możliwości w budowaniu obrazów przepełnionych światłem.

A.J.M.: W pracowni na szczęście nie tylko ciężko pracujesz, ale jak wiem, chętnie witasz w jej progach gości…

M.B.: Opowieści sąsiadów na temat imprez, jakie się w tym miejscu odbywały „za Panka”, pod względem spektakularności z pewnością zostawiają mnie daleko w tyle, ale myślę, że lokalizacja działa na odwiedzających bardzo zachęcająco. Przedpandemiczna wersja pracowni była raczej miejscem częstych spotkań. Zresztą urządzałam ją też i pod takim kątem. Na odwiedzających zawsze czeka ekspres, dużo grafik w szufladach i superwidok z długiego balkonu na centrum Kazimierza.

A.J.M.: No i oby te „klimaty” przedpandemiczne do Twojej pracowni jak najszybciej powróciły! Dziękuję za rozmowę.