pracownia Anny Sadowskiej i Agnieszki Berezowskiej

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Martyna Nowicka: Jak się to wszystko zaczęło? Najpierw była przyjaźń czy wspólna (...)

Martyna Nowicka: Jak się to wszystko zaczęło? Najpierw była przyjaźń czy wspólna pracownia?

Anna Sadowska: Byłyśmy razem na studiach, dyplomy robiłyśmy co prawda u różnych profesorów, ale poznałyśmy się w pracowni rysunku. Zaraz po studiach zaczęłyśmy wspólnie wynajmować z koleżankami pracownię przy Krupniczej, w nieistniejącym już budynku obok Paderevianum. To była trochę komuna, miała świetną atmosferę.

Później, już we dwie, miałyśmy pracownię na Dietla.

Agnieszka Berezowska: Ale po drodze, między Krupniczą a Dietla – po moim powrocie z Francji, gdzie wyjechałam zaraz po studiach – Ania mnie przyjęła w gościnę do swojej pracowni na ulicy Wenecja. To była przepiękna pracownia, bardzo wysoko.

A.S.: Tak, wynajmowałam ją wtedy z moim ówczesnym mężem. Na Dietla z kolei miałyśmy taką maleńką klitkę na samej górze, gdzie były bardzo siermiężne warunki, zimna woda, wysoko, mówię o tym wszystkim nieprzypadkowo, bo to jednak wpływa na pracę. Człowiek dostosowuje się do panujących warunków. Tę pracownię mamy już prawie dziesięć lat.

A.B.: Bardzo lubię to miejsce. A wracając do pytania, to dziś właściwie jesteśmy tak przyzwyczajone do wspólnego, pracownianego, 20-letniego życia, mamy już tak długą historię, że jesteśmy jak rodzina.

A.S.: Udało nam się nie tylko to przetrwać, ale i tworzyć razem, wpływać na siebie, pomagać sobie, często w trudnych życiowych sytuacjach.

A.B.: Myślę, że ważne jest to, że mamy na siebie dobry wpływ, nasza przyjaźń zawsze była konstruktywna, bez rywalizacji. Niewiele osób jest w stanie pracować obok siebie prawie ćwierć wieku, bo to nie zawsze jest łatwe, a nam to się udaje.

A.S.: Bez przyjaźni to by było po prostu niemożliwe.

A.B.: Teraz ułatwia to też przestrzeń – tu jest sporo miejsca, można się rozejść, każda w swoją stronę, ale pracowałyśmy też w maleńkich pomieszczeniach – na Dietla z toaletą na zewnątrz. Nawet tam potrafiłyśmy się pomieścić z prasą, miałyśmy tylko wąziutki przesmyk między prasą a ścianą.

Przeszłyśmy razem tyle etapów – jako artystki i jako kobiety: studia, rodzina, dzieci, teraz jest trochę spokojniej, pracujemy, realizujemy się nie tylko twórczo, ale jako wykładowczynie. To moment dzielenia się swoim dorobkiem, doświadczeniem. Obydwie uczymy. Przed nami jeszcze pewnie taki spokojny moment, kiedy będzie można realizować różne plany – na przykład z naszą Grupą 13, która też jest dla nas ważna.

M.N.: A tu dzielicie dużą część przestrzeni, prawda? Co w niej jest wspólne, a gdzie Wasze drogi w pracowni się rozchodzą?

A.S.: Wspólna jest oczywiście prasa i przestrzeń tego stołu, „brudnego” stołu – tu trzymamy wałki, pod spodem mamy szmatki pochowane, jakieś brudy, rękawiczki, farby. Ale grafika to jest też warsztat czysty – warsztaty czyste mamy zdecydowanie osobne, każda po swojej stronie. Próbujemy też gdzieś pomiędzy znaleźć obszar na inne działania niż grafika.

A.B.: Grafika to jednak papier! A praca z papierem wymaga takiego specyficznego podejścia, wrażliwego, czystego. My mamy na tym punkcie fioła! Jak drukujesz i coś ci maźnie, to można naprawdę histerii dostać. To papier, tu się nie da cofnąć, zamalować. Na obrazie można zetrzeć szmatą, przemalować, a tu jak coś się stanie, to jest nieodwołalne.

A.S.: O rozdzielność jest o tyle łatwiej, że wyszłyśmy jednak z innych technik. Agnieszka robiła dyplom na drzeworycie u profesora Zbigniewa Lutomskiego, ja na metalu u profesora Andrzeja Pietscha. Zresztą historia naszej wspólnej prasy, centralnego punktu pracowni graficznej, zaczyna się właśnie w tamtym okresie, po zakończeniu studiów. Zaraz po dyplomie wzięłam udział w I Biennale Grafiki Studenckiej w Poznaniu i dostałam dwie nagrody. Wahałam się wtedy co zrobić, a te nagrody mnie uskrzydliły, zaowocowały zakupem prasy i organizacją tej pierwszej pracowni przy Krupniczej.

A.B.: Ta prasa to jakby posag na nasze życie pracowniane. Właściciel firmy Zakomet, która te prasy wykonywała, pan Złotkowski, odszedł w zeszłym roku. To historyczna postać, pół Polski jest wyposażone w jego prasy. Najlepszy!

A.B.: A do tej prasy niestety nie można dorobić silnika, który by się nam przydał – może trzeba będzie pomyśleć o zmianie, może o większym wałku… Trzeba też powiedzieć, że warsztat graficzny jest trudniejszy do zorganizowania niż np. warsztat malarski i wymaga większych nakładów finansowych. Po studiach musiałyśmy sobie same radzić i chociaż miałyśmy małe dzieci – jakoś był power.

M.N.: A jak wyglądają Wasze osobne, „czyste” warsztaty?

A.S.: Tu muszę cofnąć się do studiów – w moim wypadku – w pracowni wklęsłodruku. To doświadczenie, które rzutuje do dziś na moją pracę. Była tam swoboda, nikt nie próbował upodobnić się do profesora, prowadzący potrafili wydobyć to, co najlepsze, z indywidualności studenta. Po latach widzę wyraźnie, że nawet rzucane luźno uwagi miały dużo sensu i długo we mnie rezonowały. Dzisiaj ucząc, intuicyjnie staram się nie narzucać studentom swojej wizji, prowokować do myślenia.

Dyplom zrobiłam w technikach wklęsłych, eksperymentowałam. Jak opuściłam Akademię, to szukałam też różnych własnych metod uzyskiwania matrycy, choćby ze względu na trudny dostęp do kwasu. Wbrew pozorom te trudności prowokowały do artystycznych poszukiwań.

Dziś nazwałabym to, co robię często, zabiegami para-graficznymi – nie wiem, czy to można nazwać czystą grafiką, ale z drukiem nie mogę się rozstać. Staram się szukać materiałów, które już były wykorzystywane, dlatego czasem krążę po złomach i myszkuję. Wykorzystuję stare papiery, przetworzone matryce. Zaczęło się od tego, że jak przez chwilę miałyśmy osobno pracownie, w 2004 roku, to w mojej wybuchł pożar. Straty nie były wielkie, ale zafascynowały mnie te zniszczone, nadpalone matryce.

A.B.: Zgadzam się z Anią, że w tych początkach bardzo ważny jest profesor, pierwszy przewodnik, mentor. Ja zaczynałam u profesora Franciszka Bunscha, który odszedł z Akademii po pierwszym roku moich studiów. Przyszedł nowy profesor – Zbigniew Lutomski, wniósł nowe tchnienie w pracownię graficzną, swoją osobowość, otwartość na studenckie szaleństwa, na nowe techniki. Nie było żadnych ograniczeń, profesor powiedział – rób, co chcesz. Ja zrobiłam, co chciałam, czyli takie różne ślady, ale nie byłam przekonana – takie to nudne – profesor powiedział: bierz szmatę, polej benzyną. Miałam pełną świadomość, że grafika nie musi być przytwierdzona do dłuta i matrycy, linorytu, tylko trzeba szukać. To mi strasznie otworzyło głowę. Mój proces przeszedł od druku wypukłego, linorytu, do poszukiwań wszelkich wypukłości, które mogę odbić. Potem interesowały mnie już nie matryce a struktury, przeszłam w sumie do obiektu w grafice.

W dalszym ciągu szukam nowych metod druku, z różnych powodów – zdrowotnych i ekologicznych. Drukuję głównie na tradycyjnym papierze Fabriano, na którym pracuje wielu grafików. W ciągu ostatnich kilku lat zaczęłam drukować w japońskiej technice mokuhanga.

M.N.: A czy po tylu latach jesteście w stanie wskazać jakieś punkty wspólne w Waszych pracach? Abstrahując oczywiście od tego, że powstają na tej samej prasie i stole.

A.B.: Nam pewnie najtrudniej to wypatrzyć: pracujemy tu obok siebie, ale choćby ze względu na inne techniki i inne zainteresowania rzadko sięgamy po podobne środki. Jakimś wspólnym mianownikiem jest dla nas pewnie kolor.

A.S.: U mnie był prawie zawsze, ale jeśli stosowałam jakąś barwę, to bardziej jako dopełnienie czerni. W ostatnich latach paleta się wyczyściła, pojawia się głównie czerń, biel, rdza… U Agnieszki kolory się mieszają, są róże, zielenie… Wydaje mi się, że naszym wspólnym mianownikiem może być rodzaj ekspresji, gestu…

A.B.: Bo ja pracuję tak bardziej malarsko, mocno mieszam kolory. Być może takie pytania pozwolą nam te wspólne części znaleźć. Kiedy na wystawę, taką dużą retrospektywę w Galerii Olympia zaczęłam szukać pomysłu, to ścinki linoleum (zawsze mi szkoda je wyrzucać) ułożyłam jako pracę. Takie motywy przychodzą właściwie nieświadomie.

M.N.: Ale zdarzało się Wam też pracować nad czymś wspólnie?

A.B.: Zawsze motywowały nas wspólne wyjazdy, wystawy.

A.S.: Teraz, kiedy pokazujemy prace razem, to raczej w ramach Grupy 13, ale wcześniej po prostu miałyśmy wystawy indywidualne we dwie, na przykład w Instytutach Polskich, gdzie nas zaproszono: w Budapeszcie, w Sofii. Kolejna była we Francji. Każda z nas też podąża własną drogą.

M.N.: Wróćmy na chwilę do spaceru po Waszej pracowni – gdzie trzymacie prace? Wspólnie czy osobno?

A.S.: Mamy osobne szufladziaki, ale też wspólny, o to! Mamy szuflady naprzemiennie, ta na przykład jest moja. Bardzo lubię duże formaty – to się zaczęło, już kiedy robiłam dyplom. Tamte prace to było takie darcie blachy, można powiedzieć krzyk na grafice różnymi metodami. Zastosowałam odprysk, robiłam dziury, przełamywałam ten klasyczny warsztat. Od początku walczyłam z klasycznym warsztatem, taki graficzny Don Kichot. Tworzyłam matryce, na przykład z tektury. Tu mam matrycę popożarową, z którą działałam dalej, była też pokazywana jako obiekt, a tu odbitki na tekturach z odzysku. Ja uwielbiam resztki i rzeczy przypadkowe, oczywiście ostatecznie wykorzystywane w jakimś konkretnym celu.

Tutaj mam pracę wykonaną techniką suchej igły – zresztą chętnie sięgam po techniki suche, bardzo chętnie pracuję w aluminium. To fajna, miękka blacha, ale nie można zrobić z niej wielu odbitek – co mnie akurat cieszy, bo nie znoszę odbijać dużych nakładów. Robię ograniczone edycje, unikatowe – po 5, 10, maks. 20 sztuk. Zdarzają się też pojedyncze odbitki.

M.N.: Agnieszko, a co kryjesz w swojej części szafki?

A.B.: Zacznę od tego, że dla mnie ważne są opowieści, zwykle zaczyna się od historii, wydarzenia, numeru telefonu. Lubię też muzykę, chodziłam nawet chwilę do szkoły muzycznej, konie – tu widzisz konia w galopie… To akurat jedna z moich pierwszych prac. A tu niedawne – Łap gołębia, Zmiany, Punkty wspólne, to wszystko są linoryty. Niedawno, ze względu na zdrowie, przez jakiś czas byłam nieco słabsza i to, co mogłam wycisnąć z siebie i z prasy, to były mniejsze formaty. Centralne, oszczędne kompozycje, w paru gestach – ten format dał mi oddech, chociaż na początku szło ciężko – powody były zdrowotne, więc niechętnie podchodziłam do tego nowego formatu, ze złością. Potem doszło do mnie, że to czas rozwoju dla samej siebie, zastanowienia się, o co mi chodzi, co chcę robić. Nie dlatego, że mniejsze to słabsze, mniej znaczące – mała praca też może dużo opowiedzieć. Różnica była w mojej psychice. Jeden z moich ukochanych malarzy – bo ja w ogóle uwielbiam malarstwo – to Mimmo Paladino, który maluje małe obrazy o potężnej sile, urzekające. Kiedy byłam w Kolonii na targach sztuki, zobaczyłam jego obrazy i przypomniałam sobie, że taki format też może mieć siłę.

A tutaj mamy odbitki z tej mokuhangi, czyli deski – trochę inne niż to, co pokazywałam ci wcześniej, bo na bibułach.

M.N.: Te bibuły wynikają z techniki, czy to Twoja inwencja? Czym mokuhanga się różni od tradycyjnego drzeworytu?

A.B.: Tak, zastosowanie bibuły jest związane z techniką. Mokuhangę wykonuje się innymi farbami, maluje się pędzlami. W „naszej” grafice (czyli takiej, jakiej obie z Anią się uczyłyśmy, grafice warsztatowej według krakowskiego ASP) warsztat polega na tym, że matryca to linoleum albo deska, na które wałkiem drukarskim nakłada się farbę drukarską. To jest farba offsetowa, drukarska i zmywa się ją benzyną, naftą, wszelkimi chemikaliami. Chemii jest dużo, kleistość jest inna, inna materia zostaje. Tu farba jest akwarelowa, wodna, zdecydowanie delikatniejsza, wpija się w papier. Tamtej można nanosić kilka kolorów, nieraz się robi pancerz, taka grubość, pod ręką to widać. A tu ma taką inną mięsistość. Co jest bardzo ważne w odbiorze: tak jak inaczej się maluje olejem i akrylem, tak inne efekty dają różne techniki drzeworytnicze.

M.N.: Skoro macie oddzielne, powiedzmy – „dzienne”, etatowe prace, to jak dużo czasu spędzacie w pracowni? Jak często udaje się Wam tu być? Czy wizyty w pracowni są niezbędne, żeby tworzyć?

A.S.: Jak nie mam zajęć ze studentami czy innych spraw do załatwienia, staram się tu być. Wyjście do pracowni mobilizuje: jak chcę coś zrobić, coś mnie zaczyna dręczyć, muszę tu posiedzieć. To są, jak ja je nazywam, „dupogodziny”, gdzie jest proces myślenia, coś się wyciąga, przymierza, może właśnie odwiedza złom, szuka materiału. To swobodny proces. Jesteśmy we dwójkę, ale teraz nigdy się nie zdarza, że przychodzimy i wychodzimy w tym samym momencie.

A.B.: Czasem miesiącami nie możemy się spotkać na kawę!

A.S.: Tak jest, mijamy się. Każda z nas ma różne godziny, różne zobowiązania. Ja bardzo nie lubię, jak mam coś innego w środku dnia, bo w ogóle nie lubię przychodzić do pracowni na chwilę. Czasem, jak coś muszę przynieść albo wziąć, spojrzeć na coś, to zdarza mi się wejść i wyjść, ale rzadko.

A.B.: Ludzie tego nie rozumieją, ale praca twórcza zajmuje czas. Czasem ktoś mi mówi: a weźże mi coś machnij.

A.S.: Odbijże!

A.B.: A tu, żeby cokolwiek zrobić, musimy z siebie wydobyć inną energię. Żeby to nie było mechaniczne, a prawdziwe.

A.S.: Chciałam powiedzieć, że ciągle próbuję się oczyścić ze spraw praktycznych, nie mieć nic do załatwienia, wolną głowę. Ale wiem już, że nie ma co czekać na taki moment, bo jest ich po prostu bardzo mało. Zdarzają się takie prawie wolne momenty, ale zawsze coś spadnie, zaburzy ten rytm twórczy, więc ja muszę tu przychodzić, jak tylko mam wolną chwilę. Przychodzę i przestałam mieć wyrzuty sumienia, że są te „dupogodziny”, kiedy teoretycznie „nic nie robię”, tylko siedzę, myślę, coś czasem zanotuję.

A.B.: Proces twórczy jest niemal medytacyjny.

A.S.: Nie da się wejść i trzasnąć, trzeba się po prostu wyłączyć z innych rzeczy. Może jak się pracuje w domu, to jest trochę inaczej.

A.B.: Znam takie kompozytorki, które w trakcie komponowania przypalają ziemniaki, jak się nagle zaangażują w tworzenie. Na pewno też, co widzimy na własne oczy, inaczej pracują kobiety, a inaczej mężczyźni.

A.S.: Mężczyznom jest chyba, chociaż to oczywiście tylko wrażenie, łatwiej oczyścić umysł. Mężczyźni są zajęci swoimi sprawami.

A.B.: Też mam takie wrażenie. Ja myślę gdzieś o tym obiedzie, o przysłowiowych ziemniakach, a mój mąż, architekt, kiedy rysuje, jest po prostu w innym świecie. Jak coś do niego powiem, to on mnie nie słyszy, bo całkiem się zatapia w swojej pracy.

A.S.: My nie możemy tak całkiem zniknąć, są różne obowiązki. Chciałabym kiedyś spróbować znaleźć się w takiej kapsule i zobaczyć, co mogłabym w takich warunkach stworzyć. Może wcale nic wielkiego? Proces twórczy jest przecież uzależniony od życia.

M.N.: A może tu jest ta Wasza kapsuła?

A.B.: Może tak… Wchodzimy tu, do swojej przestrzeni, mobilizacja daje nam moment oczyszczenia, żeby wszystko zebrać i z siebie wydać. To jest to. Osiągamy spokój.

A.S.: Zamyka się drzwi i jest się w jakimś innym świecie.