pracownia Edyty Sobieraj

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Edytą Sobieraj rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Zgodzisz się chyba ze stwierdzeniem, (...)

Z Edytą Sobieraj rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Zgodzisz się chyba ze stwierdzeniem, że to właśnie malarstwo jest Twoją ulubioną dyscypliną twórczą.

E.S.: Najpełniej wyrażam się w malarstwie, może dlatego, że jest to medium mi najbliższe przez wieloletnie doświadczenie. Jest to dla mnie najbardziej naturalny sposób wypowiedzi. I nie jest to tylko malarstwo na płótnie, to również kolaż, akwarela, mieszam też różne techniki na papierze. Chętnie rysuję lub tworzę coś bliższego malarstwu, bo rzadko posługuję się tylko walorem, szukam koloru w czerni i szarości. Trudno powiedzieć, gdzie kończy się rysunek i zaczyna malarstwo, zresztą chyba nie ma po co. Często używam techniki woskowej, stworzyłam sobie własną technologię w oparciu o wosk. Mieszam więc różne media, w tym sensie lubię eksperymentować. Natomiast zupełnie poza malarskim medium, którym się posługuję, jest litografia.

A.J.M.: Zaczęłyśmy naszą rozmowę od opowieści o Twoim warsztacie, „kuchni malarskiej”, bo wiem, że są to dla Ciebie bardzo ważne kwestie.

E.S.: To prawda, wciąż odkrywam w obrębie malarstwa nowe możliwości technologiczne, które przekładają się na wartości wyrazowe moich obrazów. Choćby wspomniane przez mnie eksperymenty z woskiem. Najpierw używałam go tylko do prac na papierze, z czasem zaczęłam wykorzystywać go także na płótnie, we fragmentach lub w całości. Po wymieszaniu z farbą olejną nałożony wosk pozwala równocześnie uzyskać efekty przejrzystości i świetlistości obrazu.. Nie podam Ci jednak precyzyjnej receptury, bo za każdym razem składniki mojej „mikstury” mają różne proporcje. Wykorzystuję także wosk podczas pracy nad kolażami, zależy mi na zderzeniu różnych materii i płaszczyzn, na przykład fotograficznych i graficznych przez co potęguje się wrażenie kolażowości, często też powielam jedną formę, której wcześniej długo szukam i która staje się powtarzalnym znakiem.

A.J.M.: Wspomniałaś, że chociaż studiowałaś w pracowni prof. Jana Szancenbacha, spadkobiercy postkapistowskiej tradycji, Ciebie zawsze pociągało bardziej malarstwo monochromatyczne.

E.S.: Myślę, że każdy artysta nosi w sobie jakiś rodzaj tajemnicy własnej osobowości, którą oddaje za pomocą takich a nie innych środków wyrazu.

Staram się w szarości odnaleźć kolor, nie buduję jej tylko z czerni i bieli, często też zestawiam ją z barwnymi dominantami, które nie tylko konkretyzują kompozycje formalnie, ale również tworzą rodzaj klucza w odczytywaniu obrazu.

A.J.M.: Jak ważny jest dla Ciebie temat, który podejmujesz w pracach? Krytycy podkreślają Twoją szczególną predylekcję do malowania wnętrz: jakby opuszczonych przez właścicieli, wypełnionych zniszczonymi sprzętami. Mieszkań w starych domach, a może są to wariacje na temat pracowni? Często „kadrujesz” je tak, że mamy wrażenie wciągnięcia nas w głąb, w amfiladowo rozwijające się pomieszczenia?

E.S.: Myślę, że podążasz dobrym tropem, temat wnętrza i przedmiotu jest dla mnie inspirujący. I tak, to może być wnętrze mojej pracowni, z jej chaosem i małą destrukcją. Zagarniam tę przestrzeń na własny użytek. A może ta przestrzeń zagarnia mnie?… Próbuję przyjrzeć się wnętrzu jako miejscu związanym z historią człowieka, jego losem, przemijaniem, obecnością i nieobecnością. Nie jest ono bowiem nigdy całkowicie puste, nawet jeśli zostało opuszczone.Długo fascynowała mnie tylko ściana, która będąc częstym elementem w moich pracach, zamyka obszar widzenia, jest realna, pionowa, istnieje jako niezbędny element wnętrza, często je kategoryzując, czasami też stanowi płaszczyznę dla prezentacji użytych artefaktów, pustych ram po nich, przedmiotów, obiektów. Ich ważność ustanawia światło, które jest dla mnie istotnym elementem konstruującym napięcie w obrazie, jednocześnie stwarzającym nastrój i atmosferę. W późniejszych obrazach zaczęłam wychodzić poza najprostszy podział – ściana/podłoga – i budując kompozycje kulisowe, starałam się poruszyć problem „dziania się” czegoś jednocześnie w tym samym czasie. Pojawił się motyw poruszenia (ruchu) w obrazie, zatrzymania chwili trwającej w czasie. Później coraz bardziej zaczęło mnie interesować wyjście poza wnętrze – przekroczenie. Stąd motyw okna, mniej lub bardziej realnego które otwierając się na przestrzeń „poza”, jednocześnie poprzez światło przyjmuje tę przestrzeń do wewnątrz.

A.J.M.: Jaką rolę odgrywa w Twojej twórczości fascynacja przedmiotem, rzeczami (bo chętnie je malujesz), co Cię w nich pociąga?

E.S.: W naszym codziennym życiu otaczają nas przedmioty, są tak liczne, podstawowe i oczywiste, że nauczyliśmy się nie poświęcać im zbytniej uwagi, często ignorując ich egzystencję. Towarzyszą nam od zawsze, nasza własna kondycja jest uwarunkowana przez rzeczy, bez nich nie byłoby nas, tak jak i rzeczy nie istniałyby bez człowieka. Rzeczy żyją własnym życiem, na tyle, na ile pozwala im człowiek, jednocześnie człowiek żyje na tyle, na ile i jak pozwalają mu rzeczy. Sztuka ma możliwość przywracania rzeczom ich znaczenia, przypomnienia ich niegdysiejszej „świetności”, przechowania – zachowania pamięci o nich, a tym samym o nas samych. Nawiązuję tu do tematu mojej wystawy Przechowalnia, która miała miejsce w 2018 roku w Miejskiej Galerii Sztuki w Częstochowie. Przechowywanie łączy się z zachowaniem pamięci o czymś bądź też wydobyciem z niepamięci.

A.J.M.: Krytycy piszą też o symbolice Twoich prac, widząc w nich współczesne wariacje na temat motywu vanitas, melancholii (to trochę jakby w opozycji do Twojej żywiołowej, pełnej pozytywnej energii osobowości – paradoks, a może nie?). Obrazy są wyciszone, wysmakowane…

E.S.: Gdyby to było takie proste… Jest to jakieś dopełnienie. Może poprzez sztukę wyrażam bardziej refleksyjną część mojej natury. Po prostu inspirują mnie pewne rzeczy, chciałabym, aby obraz budził jakiś namysł, zachęcił odbiorcę do zatrzymania się na moment, może trochę na przekór zgiełkowi i wszystkiemu, co pędzi i krzyczy dookoła. Nie interesuje mnie pusta efektowność w sztuce. Poza tym lubię być sama równie mocno, jak przebywać wśród ludzi.

A.J.M.: W Twoich obrazach można także wyczuć „klimat”, a może lepiej powiedzieć dialog z malarstwem dawnych mistrzów (mam na myśli stosowanie klasycznych rozwiązań – motyw „obrazu” w obrazie, zasłony itp.). Masz jakichś faworytów?

E.S.: W 2011 roku miała miejsce moja wystawa indywidualna pod tytułem Dom (The home) w Galerii Kunstverket Hovedøya Galleri w Oslo. Już wtedy interesowało mnie zagadnienie wnętrza, które z biegiem lat przybierało różne formy. W sztuce związanej z tematem domu na szczególną uwagę zasługują XVII-wieczne niderlandzkie obrazy wnętrz. Jako zaproszeni obserwatorzy możemy podglądać intymność tego świata, wchodząc niepostrzeżenie w sferę prywatnego terytorium, w jego spokojną codzienność. Przestrzeń oddana nam do oglądu jest uporządkowana, jakby przygotowana na nasze odwiedziny, ukazując tylko to, co autor chce nam pokazać, nic ponadto. Jest wyczuwalna granica między tym, co intymne a tym, co udostępnione. Natomiast jeśli chodzi o motyw zasłony, który pojawia się w moich obrazach, to jest to nie tylko element konstruujący płótno formalnie, ale odnosi się do samej idei przysłaniania, zasłaniania i odsłaniania. Czasem więc jest to długa, ciężka kotara, zasłaniająca bardziej lub mniej to, co jest poza nią, czasem przezroczysta przesłona, łagodząca ostrość widzenia przysłoniętych elementów. Zasłona w oknie oddziela nas od świata zewnętrznego, dając jednocześnie poczucie bezpieczeństwa i prywatności. Poprzez jej zasunięcie sygnalizujemy otoczeniu, że to nasze terytorium, którego nie chcemy udostępniać obcym. Zasłanianie nierozerwalnie wiąże się z tajemnicą i ze swoistą intrygą skierowania uwagi na to, co niedopowiedziane, wszak najciekawsze jest nie to, co ukazane, ale to, co przysłonięte czy zakryte. Drzwi (ale też i okno) są pewnym obramowaniem we wnętrzu i przynależny im próg tworzy granicę, stając się symbolem przekroczenia i podziału między światem wewnętrznym i zewnętrznym, między tym, co oswojone i bezpieczne, a tym, co obce i nieznane; będąc też symbolem z jednej strony lęku, a z drugiej zaciekawienia i fascynacji. Wydaje się, że to, co wewnątrz, jest azylem, bezpieczną przystanią, przestrzenią oswojoną. A co, jeśli to właśnie dom jest źródłem zagrożenia?

A.J.M.: Ostatnio chętniej malujesz pejzaże, co Cię do tego skłoniło?

E.S.: Wyjście poza wnętrze stało się tematem mojej wystawy indywidualnej Inside-Outside, która miała miejsce w 2016 roku w Galerii Hole Art Center w Norwegii. Wtedy pojawił się motyw okna i zamknięte dotąd wnętrze otworzyłam na przestrzeń „poza”Okno jest nierozerwalnie związane z wnętrzem i będąc jego najsłabszą stroną, ze względu na swoją kruchość, jednocześnie daje możliwość podglądania tego, co jest na zewnątrz. Jest też pożądane jako źródło naturalnego światła. W jego ramie zamyka się obraz natury i świata zewnętrznego. Będąc „wewnątrz”, możemy obserwować to, co na „zewnątrz”. Z jednej strony daje nam to poczucie bezpieczeństwa, z drugiej to przecież my możemy znaleźć się w sytuacji bycia podglądanym. Jednocześnie ciekawym aspektem problemu wnętrza i zewnętrza jest geometria pierwszego i organiczność drugiego. Kiedyś podczas jazdy pociągiem z północy na południe Norwegii uderzyła mnie pustka, niewielka ilość samotnie stojących domów, oddalonych od siebie wiele kilometrów. Patrząc na piękne w swej prostocie domy norweskie, spojrzałam na Dom z zupełnie innej perspektywy. Widziany przeze mnie dom zapraszał ciepłym światłem z wewnątrz, sugerując schronienie przed nieprzyjazną naturą. Równocześnie budził refleksje, że może to tylko moje złudzenie, a w obserwowanych z oddali, wyglądających jak z pocztówek domkach kryć może się wiele mrocznych tajemnic. Problem tych relacji w jakiś sposób wyprowadził mnie na zewnątrz. Dom stał się znakiem, symbolem azylu, schronienia, ale też i kruchości wobec ogromu natury. Skłoniło mnie to do poszukiwania bardziej abstrakcyjnych ekwiwalentów stosowanych motywów.

A.J.M.: Czy doświadczenia biograficzne mają wpływ na Twoją twórczość?

E.S.: O tak, na pewno tak, w bardziej lub mniej świadomy sposób. Począwszy od wyboru szkoły, mogłam przecież studiować w Warszawie, gdzie się urodziłam i skończyłam liceum ogólnokształcące. Byłam w klasie humanistycznej, miałam cztery lata łaciny, więc naturalna była chęć dalszego kształcenia się w kierunku humanistycznym. Chciałam studiować psychologię lub italianistykę, już wtedy mówiłam dobrze po włosku. Jednak w czwartej klasie liceum zaczęłam uczęszczać do Ursynowskiego Ośrodka Plastycznego i wszystkie plany związane ze studiami humanistycznymi zaczęły się oddalać – pomyślałam o studiowaniu na ASP. To było naprawdę bardzo nieśmiałe marzenie, ale kiełkowało, rosło i stało się prawdziwym pragnieniem, a w końcu celem. Ostatecznie z różnych powodów rozpoczęłam studia na ASP w Krakowie, więc już ten wybór był w jakimś sensie determinujący. Wiele kolejnych decyzji, które podjęłam, na przykład pracownia, w której studiowałam, kontakt z tymi, a nie innymi profesorami, miało mniej lub bardziej świadomy wpływ na moją twórczość. Innym ważnym doświadczeniem jest mój trwający już niemal 15 lat kontakt z norweskim środowiskiem artystycznym. Wielokrotne pobyty w tym kraju umożliwiły mi poznanie wielu świetnych malarzy nie tylko na gruncie zawodowym, ale i prywatnym. „Doświadczenie norweskie”, jeśli mogę je tak nazwać, w dużym stopniu ukształtowało zatem moją drogę artystyczno-zawodową, to również dzięki tym kontaktom zajęłam się litografią. Przez rok pracowałam także nad projektem z poznanym tam fotografem, którego podsumowaniem była wspólna wystawa Q&A w galerii ASP w Krakowie.

A.J.M.: Może opowiesz więc bardziej szczegółowo o swojej „norweskiej przygodzie”?

E.S.: Ważnym spotkaniem w moim życiu – zarówno prywatnym jak i zawodowo-artystycznym – był ten moment, w którym poznałam właścicielkę Centrum Kultury i Sztuki w Tjome (Tjøme Kunst og Kultursenter). Zainteresowała się moją twórczością po zobaczeniu mojego obrazu w Galerii Dominika Rostworowskiego w Krakowie. Od tej pory moja działalność artystyczna zaczęła się rozwijać zarówno na gruncie polskim, jak i norweskim. Galeria Gamle Ormelet, czyli Centrum Kultury i Sztuki w Tjome, to ważne miejsce na mapie artystycznej Norwegii. Kumuluje różne formy działalności artystycznej, odbywają się tam wystawy, koncerty i spektakle. Organizowane są również różnorakie formy warsztatów artystycznych (które kilkakrotnie sama miałam okazję prowadzić). W ciągu wielu lat współpracy z tą galerią, a także kilkoma innymi, poznałam wielu artystów, nie tylko wizualnych, ale też literatów, muzyków, reżyserów, scenografów i aktorów. Środowisko twórców norweskich stało mi się bliskie, a po latach mogę stwierdzić, że sama w jakimś stopniu stałam się jego częścią. Brałam na przykład udział w prezentacji malarstwa norweskiego Norske Bilder organizowanej przez Galerię Brandstrup w Oslo. Dzięki współpracy z jedną z galerii zaczęłam robić litografie o czym wspomniałam wcześniej – część rezultatów była prezentowana w 2016 roku na Przeglądzie Grafiki Norweskiej w Norske Grafikere Galleri w Oslo.

A.J.M.: Współpracujesz na stałe z trzema norweskimi galeriami (w Tjome, Oslo i Trondheim) i to właśnie kontakt z tą ostatnią spowodował, że zaczęłaś tworzyć litografie.

E.S.: Wokół Galerii Ismene w Trondheim powstały kluby miłośników grafiki. Galeria co roku zaprasza różnych artystów do wykonania grafik, najczęściej litografii ,z których komponuje teki graficzne przeznaczone dla członków klubu. Zwykle zanim przystąpię do pracy (mam do dyspozycji studio graficzne w Norwegii), wysyłam im zdjęcia moich obrazów, szkiców i kolaży, różnych projektów, z których wspólnie z galerią wybieramy jakiś motyw. Często jest to bardziej lub mniej dosłowne przeniesienie prac malarskich na język litografii, lub też wariacje na temat, w oparciu jednak o główne założenia kompozycyjne wynikające z wybranego projektu. W praktyce wygląda to tak, że pracownia graficzna zapewnia mi pomoc techniczną (przygotowuje kamień litograficzny i pomaga w procesie drukowania), natomiast ja zajmuję się całą stroną realizacji artystycznej projektu. Są to litografie barwne, złożone z wielu kolorów, czasem nawet siedmiu czy ośmiu. Praca nad litografią jest inna niż praca nad obrazem. Trzeba dużego doświadczenia, by móc osiągnąć zamierzony efekt. Pewne rzeczy trzeba dokładnie przewidzieć, szczególnie przy drukowaniu z kilku kamieni litograficznych. Chociaż i tak to, co niezamierzone okazuje się czasem najciekawsze. Ponieważ nie robię litografii regularnie (są to czasem odstępy czasowe roczne lub dłuższe), jest to za każdym razem trochę podróż w nieznane. To pociągające w inny sposób niż praca nad obrazem.

Idea przenoszenia prac malarskich różnych artystów w techniki graficzne ma dla galerii znaczenie nie tylko stricte komercyjne. Stanowi zachętę do kolekcjonowania, otaczania się dziełami sztuki, które ze względu na cenę są bardziej dostępne niż malarstwo olejne.

A.J.M.: Gdzie szukasz inspiracji? Książki, muzyka, otoczenie, ludzie, historia, przyszłość etc.?

E.S.: Wszystko o czym mówisz, czerpię z siebie, ze świata, ze sztuki i z natury – tak naprawdę inspiruje mnie bardzo wiele rzeczy. To, co widzę dookoła siebie, świat ludzi i przedmiotów, literatura, podróże, obrazy, które oglądam. Może to być kadr z filmu, fotografia, rzeźba czy też po prostu natura. To jest jakiś rodzaj czujności i uwagi, który cały czas nam towarzyszy. Świat zewnętrzny i świat wewnętrzny łączą się nierozerwalnie, tak jak i teraźniejszość wynika z przeszłości. To, kim jesteśmy, gdzie jesteśmy, to wszystko się jakoś splata. Tak więc te inspiracje bywają różne. Rzadziej są to prace innych artystów, choć często bywam w galeriach i muzeach. Ostatnio podczas pobytu w Norwegii miałam okazję oglądać bardzo ciekawą wystawę drzeworytów i kolaży Anselma Kiefera w Astrup Fearnley Museet, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Oslo. Nie mam jednak jakiejś prywatnej listy rankingowej czy artystów, do których twórczości ciągle wracam jako do źródła natchnienia.

A.J.M.: Jak przedstawia się Twoja metoda pracy – standardowo (najpierw fotografia), a może szkic, potem powstaje obraz, a z niego wypływa następny?

E.S.: Często zaczynam od razu na płótnie. Szkice, jeśli powstają, są pomocne dla uporządkowania obrazu w trakcie pracy. Czasem korzystam z fotografii, bardziej jako inspiracji, ale też i z własnych prac na papierze, które będąc odrębnym artystycznym bytem, są jakąś podpowiedzią dla realizacji na płótnach. Najczęściej długo pracuję nad jakimś cyklem, tak więc z jednego obrazu rodzi się następny. Jednocześnie lubię przypadek i zaskoczenie w sztuce, co prowadzi mnie do kolejnych, nowych realizacji.

A.J.M.: Ostatnio miałaś okazję po raz pierwszy pracować w trochę inny sposób, mam na myśli współpracę z norweskim fotografem Trondem Andersenem.

E.S.: Tak, bezpośrednią inspiracją były dla mnie fotografie norweskiego fotografa Tronda Johana Andersena. Myślę, że w pewnym sensie narzucenie tematu, jakim była konkretna fotografia i moja próba artystycznej odpowiedzi na nią, było otwarciem na coś nowego i czasem zaskakującego. Swoją drogą właśnie to zaskoczenie jest dla mnie wspaniałą przygodą w sztuce. W styczniu 2019 roku miało miejsce otwarcie wystawy zatytułowanej Q&A (skrót od Question and Answer), na której mogłam pokazać dwanaście prac powstałych w wyniku współpracy z Trondem. Było to podsumowanie trwającego przez cały 2017 rok projektu. Pierwsze przesłane zdjęcie wykonane przez Tronda było zarazem rodzajem pytania, które oczekiwało na moją niewerbalną odpowiedź. W ten sposób narodziła się wymiana bez słów, swoista wizualna korespondencja. Każde z nas w ciągu miesiąca miało odnieść się do otrzymanego komunikatu. W sumie powstało dwanaście par prac, czyli dwadzieścia cztery wizualne wypowiedzi. Ta bardzo ciekawa i inspirująca współpraca została zwieńczona wspólnym pokazem naszych prac w Galerii ASP w Krakowie.

To trochę inny rodzaj aktywności twórczej, gdzie bezpośrednią inspiracją była praca/ fotografia innego artysty. Starałam się znaleźć przede wszystkim w sobie, ale również i formalnie odpowiedzi na otrzymywane listy-zdjęcia, przy okazji unikając dosłownej trawestacji tych prac. Czułam też, że zaczyna nas coraz mocniej łączyć nić artystycznego porozumienia (osobiście poznaliśmy się dopiero po trzech miesiącach współpracy).

Było to ciekawe spotkanie świata fotografii ze światem innych mediów (zawsze jednak na płaszczyźnie). I o ile artysta, z którym prowadziłam ten wizualny dialog, poruszał się zawsze w obrębie fotografii, o tyle moje działania w tym przypadku objęły obrazy olejne, kolaż, rysunek czy techniki mieszane.

Tym, co łączyło nasze działania artystyczne, były emocje, które – jak myślę – towarzyszyły nam w całym tym projekcie, i to one były powodem do powstawania kolejnych odpowiedzi na kolejne artystyczne „listy”. Bywały bardzo różne i nie zawsze budziły się od razu, a czasem budowały się w trakcie długiej pracy. Nierzadko do jednego „pytania” powstawało kilka prac, które ewoluując od pierwszego wrażenia, poprzez proces pracy nad nim, prowadziły ostatecznie do końcowego efektu, który nie zawsze był oczywisty.

A.J.M.: Przejdźmy może teraz do pytań o pracownię, w której teraz się znajdujemy. Czy jest równocześnie Twoim domem, czy przeciwnie, lubisz „wychodzić do pracy”?

E.S.: Mieszkam poza pracownią, i całe szczęście. Mieszkałam kiedyś w pracowni, więc wiem o czym mówię. Lubię zamknięcie i otwarcie drzwi pracowni, to znaczy oddzielenie procesu tworzenia od życia codziennego. Lubię być tu codziennie, na ogól przychodzę bardzo wcześnie rano i spędzam tu wiele godzin. Po przyjściu piję kawę, przebieram się w ciuchy robocze, trochę sprzątam, bo nie robię tego dzień wcześniej, w różny sposób przygotowuję się do pracy, w zależności od tego nad czym aktualnie pracuję i zaczynam działać. Pomijając już samą pracę, ja po prostu lubię tu być.

A.J.M.: Co wisi u Ciebie na ścianach pracowni? Wyłącznie własne prace?

E.S.: Tak, ale tylko „roboczo”. To miejsce całkowicie związane z pracą, nie urządzam się tu jak w domu. Natomiast tam, gdzie mieszkam, wiszą prawie wyłącznie prace innych artystów, często moich kolegów. Nie wieszam swoich prac na ścianach mojego mieszkania.

A.J.M.: Pracownia to więc dla Ciebie tylko miejsce pracy, raczej nie życia towarzyskiego?

E.S.: Pracownia to moje bardzo prywatne i intymne miejsce. Niezwykle rzadko mam tu gości. Zawsze lubiłam mieć przestrzeń wyłącznie dla siebie. Kiedy studiowałam na ASP, przychodziłam do pracowni wcześnie rano, aby móc popracować gdy nie było jeszcze nikogo.
Teraz mam swoją własną pracownię, która daje mi komfort pracy w samotności. Nie wyobrażam sobie już teraz, by dzielić intymność pracy z kimś innym. Dlatego też rzadko uczestniczę w plenerach zbiorowych. Bardzo ciężko jest mi pracować, a właściwie jest to prawie niemożliwe, z innymi osobami obok.

A.J.M.: Czy to Twoja kolejna pracownia? Jakie masz wymagania?

E.S.: Od ukończenia studiów to moja druga pracownia i świetnie się w niej czuję. Chciałabym, żeby była trochę większa, bo z biegiem lat rośnie ilość obrazów, więc robi się trochę ciasno. Mogłaby też być trochę niżej (czwarte piętro w kamienicy – to szczególnie męczące, gdy trzeba znosić i wnosić obrazy na wystawę czy po), no ale z drugiej strony mam tu wspaniale światło. Coś za coś.

A.J.M.: Nad czym obecnie pracujesz?

E.S.: Mam parę zaplanowanych wystaw – na wiosnę 2020 w galerii Gaude Mater w Częstochowie, również w Galerii Browarna w pięknym pałacu w Łowiczu. Oprócz tego zbiorowa wystawa w czerwcu w Galerii Gamle Ormelet (Centrum Kultury i Sztuki w Tjome w Norwegii) i 1 grudnia 2020 w Galerii Ismene w Trondheim w Norwegii. To jest to, co wiem na pewno, a po drodze pewnie też coś się wydarzy.

https://www.kunstverket.no/Kunstnere/Kunstnere-S-Aa/Edyta-Sobieraj.aspx