pracownia Henryka Ożoga

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Henrykiem Ożogiem rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.:Należysz do czołówki polskich grafików. Co (...)

Z Henrykiem Ożogiem rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.:Należysz do czołówki polskich grafików. Co skłoniło Cię do zajęcia się właśnie tą dyscypliną twórczą?

H.O.: Już kiedy kończyłem Liceum Plastyczne, nie miałem wątpliwości, że chcę studiować grafikę. Interesowałem się plakatem i technikami graficznymi, choć nie miałem okazji, by je realizować w szkole, ze względu na brak pracowni graficznej. Kupowałem mnóstwo albumów poświęconych znanym grafikom, więc mój wybór miał, tak mi się przynajmniej wydaje, solidne podstawy, a z obecnej perspektywy– słuszny charakter. Na studiach trafiłem do pracowni prof. Mieczysława Wejmana, w której obroniłem pracę dyplomową. Bardzo miło wspominam tamten czas i atmosferę tam panującą, tworzyliśmy zgraną grupę, wzajemnie się inspirując i motywując do pracy, m.in. z Wojtkiem Kwaśniewskim czy z Jackiem Sroką.

A.J.M.:Czy masz swoje ulubione techniki graficzne?

H.O.: Mogę powiedzieć, że w moim przypadku historia zatoczyła koło, tzn. zaczynałem od technik suchych: suchej igły imezzotinty, potem dyplom w technikach trawionych: akwaforta, akwatinta, po studiach przez długi czas „eksperymentowałem” z kolorem, a obecnie celowo ograniczam warsztat graficzny tylko do suchej igły, mezzotinty, korundu. Techniki te dają możliwość bezpośredniej ingerencji w matrycę graficzną, jest to rodzaj rysunku na innym podłożu.

A.J.M.: Eksperymentowałeś z kolorem, czyli wykonywałeś kolorowe grafiki?

H.O.: Traktowałem grafikę kolorową jako namiastkę malarstwa, choć kolorowe grafiki wymagają dobrego obeznania warsztatowego, doświadczenia graficznego, technicznego przygotowania, no i oczywiście cierpliwości. Przez dość długi okres fascynował mnie ten rodzaj ekspresji graficznej, ale po pewnym czasie stwierdziłem, że taka grafika staje się „odbitką techniczną”, niemal mechaniczną, że ten rodzaj działalności artystycznej zabija żywiołowość, przestaje być rozwijający.

A.J.M.: Jak oceniasz zmiany, jakim na przestrzeni ostatnich 30 lat uległa grafika? Niektórzy krytycy postrzegają ją jako bardzo „skostniałą” dziedzinę, a środowisko graficzne uważają za wyjątkowo oporne na zmiany.

H.O.: Nic bardziej mylnego. Wydaje mi się, że to właśnie grafika, w porównaniu choćby do malarstwa, wyjątkowo się rozwinęła, dawne zasady przestały obowiązywać, tak że nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że zmiany miały charakter rewolucyjny.

A.J.M.: Czy możesz to wyjaśnić?

H.O.: Kwestie nakładu odbitek graficznych. Kiedy studiowałem, „stara kadra” profesorska – jak choćby prof. Andrzej Pietsch, prof. Mieczysław Wejman czy prof. Franciszek Bunsch – wierzyła, że tym, co wyróżnia grafikę wśród innych dyscyplin, jest jej powielarność, tzn. należy ustalić określony nakład np. 25 czy 50 odbitek, a pierwsza i ostatnia odbitka powinny być takie same. W dzisiejszych czasach tak ortodoksyjne podejście nie obowiązuje, często wystarczy jedna odbitka o charakterze unikatowym i nadal będzie to grafika, bo przecież „funkcjonuje” matryca. Z kolei serigrafię kiedyś uważano za „druk przemysłowy”, a nie artystyczny, a współcześnie należy ona do najpopularniejszych technik graficznych. Nie ulega także wątpliwości, że pojawienie się wydruków cyfrowych na zawsze zmieniło „oblicze” grafiki.

A.J.M.: Co zatem w grafice jest najważniejsze?

H.O.: Wydaje mi się, że jej esencją jest matryca – bez względu czy będzie to kamień litograficzny, linoleum czy sklejka, a nawet czip, matryca w komputerze. Pojawienie się komputerów stworzyło zupełnie nowe możliwości kreacji artystycznych, warsztatowych, przemodelowało pojęcie grafiki. Dawniej sporo szkicowałem, robiłem kolaże, zanim podjąłem decyzję, teraz korzystam z komputera, z programów, z internetu, Pracując ze studentami, zaobserwowałem, że większość przynosi swoje szkice, koncepcje i projekty do korekty,prezentując je na ekranie telefonu lub komputera. I dobrze, takie mamy czasy.

A.J.M.: Zmieniły się więc trochę narzędzia, jakimi posługuje się współczesny grafik; czy zatem aspekt manualny Twojej pracy ma wciąż dla Ciebie znaczenie?

H.O.: Oczywiście, jedno nie wyklucza drugiego. Wciąż więc „macham” chwiejakiem, rysuję na blasze z ogromną przyjemnością, równocześnie wykonując szkice przy użyciu programów komputerowych. Istotniejszy jest dla mnie sam proces pracy nad grafiką, matrycą niż uzyskanie ostatecznego rezultatu, czyli gotowej odbitki.Może przesadzam, ale praca mnie wciąga, a drukowanie męczy.

A.J.M.:Co Cię inspiruje? Gdzie poszukujesz tematów?

H.O.: Raczej nie poszukuję, jakimś cudem same się znajdują, po prostu obserwuję otoczenie, zapamiętuję sytuacje, miejsce, widok. Sam nie fotografuję, a jeżeli już, to telefonem rejestruję intrygujący, ciekawy motyw, a czasami odnajduję potrzebny mi materiał czy pomysł w internecie. Serię grafik poświęconych samolotom wykonałem, bo zacząłem regularnie jeździć na lotnisko i obserwowałem przelatujące maszyny. Z kolei motyw połamanych drzew ujrzałem, jadąc samochodem po gwałtownej burzy. Obecnie dużo jeżdżę (obok pracy na ASP wykładam także w PWSW w Przemyślu) i moje ostatnie prace, mówiąc żartobliwie, inspirowane są obrazami miasta na GPS. Zaintrygowała mnie także kiedyś znana fotografia przedstawiająca Jacksona Pollocka podczas pracy nad obrazem, która dość długo wisiała u mnie w pracowni i którą wykorzystałem zarówno do grafiki, jak i do namalowania obrazu. Zresztą twórczość artystów szkoły nowojorskiej, a zwłaszcza Jacksona Pollocka, fascynowała mnie – choć tematycznie daleka od mojej, nadal ma dla mnie duży potencjał inspirujący.

A.J.M.: Wspomniałeś o Pollocku nie bez powodu, bo wydaje mi się, że twórczość artystów, których cechuje skłonność do ekspresji, jest Ci bliska…

H.O.: Jest kilku znakomitych artystów, do twórczości których podchodzę z dużym szacunkiem. Nie będę ich wymieniał, bo już tyle razy o nich wspominałem i w każdej recenzji o mnie są wyliczani, że poprzestanę na tym i powiem, że są niezmienni od wielu lat.

A.J.M.:Kojarzony jesteś przede wszystkim z grafiką, ale zajmujesz się także malarstwem.

H.O.: Maluję raczej sporadycznie, ale jest to wspaniałe doznanie. Maluję duże formaty, a jedynym ograniczeniem są drzwi w mojej pracowni; jeśli obraz zmieści się przez nie „na ukos” to już jest dobrze. Malarstwo daje poczucie swobody, oddechu. Potrzeba zmiany medium jest dobrym rozwiązaniem dla obu dyscyplin artystycznych, w których się realizuję. Grafika też ma swoje ograniczenia formatowe wymuszone przez prasę, papier. Wychodzi więc na to, że jestem monumentalistą.

A.J.M.:Jeśli chodzi o oczekiwania co do pracowni, mówiąc żartobliwie, ważny jest rozmiar drzwi…

H.O.: Nie tylko, choć nie jestem wybredny. To moja pierwsza pracownia i jestem z niej bardzo zadowolony. Jest w znakomitym miejscu, bo niedaleko od domu, panuje w niej cisza, spokój, pomimo że niedaleko jest ruchliwa ulica. Ideał. Jest też wystarczająco przestronna, bo magazyn prac mam w piwnicy. Tak naprawdę nie mam wygórowanych oczekiwań co do miejsca i warunków.

A.J.M.: Wydaje mi się to zaskakujące, ponieważ dzisiaj niektórzy młodzi artyści pracują we własnych pracowniach zaraz po ukończeniu studiów.

H.O.: Długo nie starałem się o pracownię, bo byłem przekonany, że dostają je tylko najbardziej uznani artyści, a kiedy po studiach zacząłem pracę na Akademii, mówiono: masz jeszcze czas, możesz jeszcze poczekać na swoją szansę. Dopiero przed mniej więcej dziesięcioma laty, za namową żony, wystąpiłem o przydział na pracownię do Urzędu Miasta i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu dostałem własny kąt do pracy. Podkreślam, że jest to miejsce do pracy, gdzie mam możliwość „odciąć się” od świata i w spokoju „robić te swoje grafiki”. Nie urządzam tutaj spotkań towarzyskich, a wszystko zorganizowane jest tak, aby jak najsprawniej udało mi się działać. Pamiętam, jak przed wieloma laty odwiedziłem pracownię znanego krakowskiego grafika, który pokazał mi znakomity zestaw narzędzi graficznych, których używa do pracy. Była to imponująca kolekcja, o której można tylko marzyć. Dzisiaj mam świadomość, że nie jest to aż tak konieczne, tzn. epatowanie narzędziami, warsztatem. Nie ma w mojej pracowni poza stojącymi blachami nic szczególnego, co by ją identyfikowało, ustalało tożsamość artystyczną właściciela.

A.J.M.: To gdzie pracowałeś przez wiele lat, zanim otrzymałeś własną pracownię?

H.O.: W domu, w kuchni. Kończyłem pracę na uczelni o godzinie 20, wracałem do domu i po chwili odpoczynku przystępowałem do pracy. Rodzina spała, słuchałem audycji radiowych i robiłem grafiki, czasami do 3 nad ranem. Nic mnie nie rozpraszało. Malowałem natomiast w piwnicy, właściwie był to rodzaj nieużywanej pralni, o powierzchni około 10 m2. Montowałem tam silną, 500-watową żarówkę (instalacja elektryczna w budynku była stara, ciągle się przegrzewała), no i malowałem. Niekiedy przez ten rodzaj oświetlenia kolory „wychodziły” zaskakujące, o czym mogłem się przekonać, dopiero wynosząc obrazy na zewnątrz, ale ten brak komfortowych warunków do pracy działał na mnie mobilizująco. Po prostu musiałem szybciej i sprawniej działać.

A.J.M.:W jednym z wywiadów powiedziałeś, że obecnie unikasz udziału w wystawach. Przestało Ci to sprawiać przyjemność?

H.O.: W tej wypowiedzi chodziło mi przede wszystkim o podkreślenie, że obecnie nie czuję już takiego imperatywu, jak powiedzmy 30 lat temu, aby brać udział w wystawach. Na początku drogi twórczej i zarazem pracy na uczelni miałem świadomość, że młody artysta, aby zaistnieć, powinien pokazać swoje prace na wystawach (nie było wtedy mediów społecznościowych). A zarazem dopełnić, w ten właśnie sposób, wszelkich formalności związanych ze zdobywaniem kolejnych stopni w karierze akademickiej. Dzisiaj, mając na koncie ponad 40 wystaw indywidualnych i około 360 zbiorowych, nie czuję już tak wielkiej potrzeby ciągłego wystawiania, prezentowania się w konkursach.

A.J.M.: No ale mimo wszystko zapytam: nad czym ostatnio pracujesz i jakie masz plany wystawowe?

H.O.: Wydaje mi się, że istotne jest, aby nie wpaść „w koleiny”, tzn. ważne jest nieustanne poszukiwanie; ja chętnie „przerzucam” się od abstrakcji do figuracji, obawiając się zaszufladkowania. Obecnie rozpocząłem pracę nad cyklem grafik poświęconych celebrytom, a uszczegółowiając, znalazłem i wybrałem ciekawe zdjęcia, oczywiście z internetu,z tzw. ścianki, które stanowią bazę, rodzaj inspiracji. I drugi cykl, nad którym równolegle pracuję, a który zaangażował mnie zdecydowanie, to zdjęcia z GPS. Pewnie wyjdzie na to, że będę się „przerzucał” z jednego na drugi.

A.J.M.:Dziękuję za rozmowę.