pracownia Janusza Janczy

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Januszem Janczy rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec A.J.M.: Pracujesz w domu, w niewielkim mieszkaniu.

Z Januszem Janczy rozmawia Agnieszka Jankowska-Marzec

A.J.M.: Pracujesz w domu, w niewielkim mieszkaniu. Jak fakt ten wpłynął na Twoją twórczość?

J.J.: Coraz częściej myślę o tym dokładnie na odwrót, że to moja twórczość wpłynęła na wybór domowej przestrzeni. Pracowałem w kilku różnych miejscach, w dużej jasnej pracowni, małej piwnicy czy budynku do rozbiórki. Każde z nich miało na mnie swój wpływ. Biorąc jednak pod uwagę taki mały paradoks, że w dużej pracowni robiłem kameralne prace, a w niewielkiej piwnicy powstała największa moja rzeźba, przestałem myśleć o swoim działaniu jako bardzo zależnym od aktualnych warunków. Ograniczone możliwości plus pewna doza determinacji może otwierać nas na zupełnie nowe sposoby działania, odkrywać zaskakujący potencjał tam, gdzie się go nie spodziewamy. Praca w przestrzeni domowej łączy się dla mnie z okresem zmian, najpierw malowaniem obrazów, a później czasem refleksji nad własną tożsamością artystyczną, wyjściem poza „strefę komfortu”, czyli taktyki dobrze mi znane i oswojone. Ta praktyka przyniosła w ostatnich latach ważną rzecz, wyciągnęła mnie z czysto abstrakcyjnych problemów formalnych, pochłaniających całkowicie moją uwagę. Skłaniała do spojrzenia na siebie w kontekście codzienności oraz relacji z innymi. W tym sensie nie chciałem się znów zamykać w jakiejkolwiek pracowni. Zwróciłem się ku różnym mediom, coraz bardziej zaczęły mnie inspirować zaobserwowane sytuacje. Dałem sobie czas, by zauważać wokół siebie więcej drobnych rzeczy i efemerycznych wydarzeń. W ten sposób mieszkanie, ale i wszystkie miejsca, w których przebywałem, stawały się coraz ciekawszym źródłem inspiracji. Tak też zaczęła się rodzić pierwsza po dłuższej przerwie wystawa Pejzaż podręczny (2015).

A.J.M.: Czy niewielka przestrzeń, jaką dysponujesz do pracy, jest utrudnieniem czy może zaletą?

J.J.: Ta niewielka przestrzeń splata się z zamysłem mojego „efemerycznego” działania, współtworzy go, w tym sensie aktualnie jest nie tylko zaletą, ale może nawet koniecznością. Przytrzymuje mnie dłużej w sferze obserwacji drobnych codziennych zdarzeń, łączenia tego, jak żyję, z tym, jakie obiekty robię, skłania do szerszej refleksji i raczej do wykonywania niewielkich modeli, notowania pomysłów niż impulsywnej obróbki kuszącego do pracy materiału. Nie wykonuję tu żadnych prac głośnych ani „inwazyjnych”, które mogłyby komuś przeszkadzać. Prywatna przestrzeń domu, nasiąknięta „codziennością”, wymusza pewne koncepcje i rozwiązania, jakie chyba nie pojawiłyby się w innych przestrzeniach, innych pracowniach. Wpisują się one w takie taktyki codziennego działania, wiesz, typu daily sculpture, everyday sculpture. Tak powstał pomysł dokumentowania rzeźb z pianki przy okazji golenia się, rzeźby z gałązek pomidora, czy wcześniejszy cykl Translucent, którego idea zaświtała gdzieś przy obserwacji rozświetlonej szklanki z herbatą. Mówię ci, w kuchni też jest cały kosmos. Staram się nie pokazywać go wprost. Inspiracje ze sfery domowej składam z innymi, bardziej osobistymi, wewnętrznymi wymiarami, światem snu, sztuki czy innych przestrzeni kulturowych. Nie chcę pozostawać w roli reportera wyłapującego ciekawostki. To jest jedynie dobry punkt wyjścia dla poszerzania percepcji. Co do utrudnień, są oczywiście liczne utrudnienia. Żądają one nietypowych rozwiązań i rzeczywiście traktuję je jako wyzwania dla kreatywności. Jeśli potrzebuję wykonać jakieś większe elementy, wymagające technologii, zawsze mam możliwość skorzystania  z innego miejsca. Zakupiłem stalowe profile z myślą, że zespawam kilka zaprojektowanych minimalistycznych konstrukcji, leżą już od ponad roku, a w międzyczasie wpadłem na dużo ciekawsze rozwiązanie, które miałem cały czas dosłownie „pod ręką”. Jest jednak pewna granica, po przekroczeniu której tworzenie w domu staje się bardziej ograniczające niż twórcze.

A.J.M.: Czy gdybyś dysponował odpowiednimi środkami, zdecydowałbyś się na wynajem osobnej, większej pracowni?

J.J.: Wydaje mi się, że dysponuję środkami, by wynająć pracownię, może nie jakąś wymarzoną czy przylegającą do własnego domu, ale taką, w której można by swobodnie tworzyć. Myślę, że to raczej rodzaj sztuki, jaki realizuję, oraz aktualny styl życia sprawia, że nie decyduję się na inną pracownię. Wciąż mam uczucie, że stałaby pusta i rzadko bym do niej zaglądał.Czuję jednak, że okres pracy w mieszkaniu powoli się dla mnie kończy. Nastąpił jakiś przesyt przetwarzania „niczego w coś”, pokazywania potencjału rzeczy niepozornych, niemonumentalnych. Przygotowując właśnie wystawę do Orońska, zacząłem rozwijać pewien wątek, wciąż wynikający z domowej przestrzeni, ale wkraczający ponownie w świat większej skali. Jeśli to działanie mnie wciągnie, z pewnością będę potrzebował też więcej przestrzeni…

A.J.M.: Czy łączenie pracy z „życiem codziennym” Ci nie przeszkadza?

J.J.: Pytanie niby proste, jeśli chodzi o te chwile twórczości niczym niezobligowanej, to nie, nie przeszkadza, napełnia codzienność żywą treścią, choć przecież minusów działania w mieszkaniu doświadczać będzie siłą rzeczy także partnerka/partner osoby pracującej w domu. Musi to być osoba bardzo wyrozumiała. Są też oczywiście plusy mojej obecności w domu. Sprawa idzie jednak dalej, i jest nieco bardziej skomplikowana, jak to u pracownika naukowo-dydaktycznego. Tak więc, jeśli wziąć pod uwagę różne obowiązki wynikające z pracy akademickiej, to tak. Bardzo trudno utrzymać podział na czas prywatny, domowy i na czas pracy. Część mojej aktywności twórczej pozostaje splocie z akademią, którego zawiłości nie sposób prześledzić. Co jest tą czystą twórczością, skąd dokąd płyną impulsy, wyniki, dzieła, prace badawcze, gdzie jest granica? Z pewnością obciążające są dodatkowe aktywności, którymi należy się wykazać, w istocie jednak rozbijają nurt żywej twórczości. Trafiłeś na nowy trop, trzeba go podnieść, rozwinąć, zrobić wystawę, zanim inni wyeksploatują to pole, a tu trzeba nagle przerwać, zaangażować się w przygotowanie na przykład sympozjum, wydawnictwa, bo okres parametryczny się zbliża, no i na pół roku jesteś wyłączony. Co by jednak nie mówić, praca na akademii jest czymś szczególnym. Utrzymuje w stanie ciągłej uwagi na zagadnieniach związanych z problematyką sztuki, choć pojmowanej w bardzo rozległym czasowo kontekście, różnych idei i wartości. W pracy z młodymi ludźmi widzę bardzo różne zapotrzebowania, na różne umiejętności i wiadomości, jest też głód rozmowy i potrzeba jakiejś fundamentalnej orientacji w szerokiej przestrzeni zagadnień, poszukiwania sensu własnego działania, drogi, kierunku. Każdy potrzebuje dla siebie w danym momencie innych informacji. Inny jest także każdorazowo sposób dotarcia, to staje się sporym wyzwaniem. Przychodzisz do domu i dalej myślisz o tym, czy nie powiedziałeś czegoś „za bardzo” albo za mało – albo po prostu czegoś głupiego.

A.J.M.: Jakie warunki powinna Twoim zdaniem spełniać idealna pracownia?

J.J.: Powinna być dopasowana do aktualnej potrzeby, czyli nie ma idealnej pracowni. Każdy artysta ma zapewne jakieś wyobrażenie, gdy zamknie oczy, widzi to swoje idealne miejsce pracy, choć w rzeczywistości mogłoby się okazać, że ono zupełnie nie działa. Tak czy inaczej, moja idealna pracownia jest blisko mojego mieszkania, najdalej za ścianą. Przejście do niej jest jak przejście z pokoju do pokoju. Oczywiście hałas nie przedostaje się do domu. Pomieszczenie jest jasne, suche, przestronne. Część ma podłogę z drewna, robi wrażenie ciepłego miejsca przeznaczonego do pracy kameralnej, czystej. Pracownia jest jednak uniwersalna, większa część ma betonową posadzkę, jeśli trzeba, można w niej pracować nad ciężkimi rzeczami, wykonywać „brudniejsze roboty”. Sąsiadów, którym ewentualny hałas by przeszkadzał, oczywiście także w pobliżu nie ma. Pracownia i mieszkanie są w części miasta bliskiej centrum, no taki jednak zadziwiająco spokojny zaułek, wśród drzew i kilku cichych uliczek. Dalej za rogiem jest park, oczywiście. Musi być blisko centrum, bo po pracy trzeba się jeszcze spotkać z ludźmi. Bez przyjaciół będących gdzieś niedaleko pracownia idealna traci przecież co najmniej połowę swoich idealnych właściwości. Bliskość morza sugeruje, że wraz z rodziną i wszystkimi najlepszymi znajomymi, przenieśliśmy się jakoś do Gdańska, Sopotu… albo innego kraju…

A.J.M.: Czy masz może jakieś rytuały pracowniane, sposoby zachowania przy pracy?

J.J.: Rytuały – kto ich nie ma. Jeśli pracuje się w domu, cały rozruch poranny, prasówka, kawa wchodzi w zakres rytuału, takie wydłużone przygotowanie do pracy. Jeszcze sprawdzenie e-maili, czy nie czyha jakaś nagła sprawa, która rozbiłaby mi najbliższych kilka godzin zanurzenia się w pracę. Później zaczynam się przyglądać temu, co powstało wczoraj, zwykle nie trzeba długo czekać – zauważam coś, co wymaga jakiejś interwencji, niby od niechcenia to podnoszę, zaczynam przy tym szperać, i za chwilę widzę, że minęły już trzy godziny, a praca wciągnęła mnie nie wiem kiedy.

A.J.M.: Dziesięć lat temu zrealizowałeś projekt fotograficzny „Głęboka struktura wszechświata”, w którym przestrzeń pracowni odgrywała znaczącą rolę. Czy mógłbyś o nim opowiedzieć?

J.J.: No tak, tamta „pracownia” reprezentowała w zasadzie skrajną odwrotność dzisiejszej. Mieszkałem w Tarnowie. Na potrzeby wykonania cyklu drewnianych rzeźb wynająłem pomieszczenie przeznaczone do rozbiórki. Brak ludzi w pobliżu, mogłem do woli rzeźbić, ciąć piłą elektryczną, szlifować, produkować wióry i pył… Miałem trzy miesiące czasu, więc nie była to przestrzeń, którą warto byłoby jakoś poprawiać. Termin inwestycji i rozbiórki pracowni przesuwał się, mogłem pracować kolejne trzy miesiące, a ostatecznie przeleciał cały rok. Walec wjechał kilka dni po tym, jak wywiozłem swoje rzeźby. Nie żebym wstrzymywał go siłą woli, no ale był w tym jakiś łut szczęścia. Rok to jednak dość długi czas na samotną pracę w takim pomieszczeniu. Obserwowanie znaków i pozostałości po wcześniejszym przeznaczeniu tego pomieszczenia, fakt, że pozwoliłem mu dalej „zarastać”, wpływało jednak na moje refleksje natury egzystencjalnej. Wybijało mnie ze skupienia nad „wewnętrzną” problematyką mojego cyklu rzeźb, wpadałem w refleksję nad otoczeniem, siłą rzeczy także nad sensem mojej obecności w tym miejscu. Zima przyniosła jakieś przesilenie, żeby nie powiedzieć dołek, potrzebny chyba do wyjścia poza dotychczasową ramę działania. Wtedy zrobiłem właśnie pierwszą próbę, może jedynie zabawną, skomentowania rzeczywistości, natychmiastowego zareagowania na pojawiającą się myśl. Uchwycenia jej poprzez fotografię, taką przaśną, naturalną, bez dobrego sprzętu i oświetlenia, oddającą charakter tego chwilowego uczucia. Powstał taki, dziś można by powiedzieć, nieco rozbudowany mem. Można zobaczyć na mojej stronie.

A.J.M.: Czy wciąż uważasz się za rzeźbiarza? Pytam, bo wypowiadasz się także w innych mediach – malarstwie i fotografii.

J.J.: Rzeczywiście, całą już ostatnią dekadę… Jak to szybko leci. Działałem gdzieś na styku różnych dyscyplin, łącząc media i konwencje, czy po prostu pracując w duchu post-dyscyplinarnym. Wydaje mi się jednak, że trzon mojego rzeźbiarskiego doświadczenia nadaje wszystkiemu, co robię, pewną przewodnią nutę. Zawsze będzie to więc uwrażliwienie na formę, na jej działanie w przestrzeni, na relacje elementów, wreszcie na zmysłowy wymiar oddziaływania. Ciężar pracy musi „działać” poprzez swoją obiektowość i charakterystyczny sposób zmysłowej prezentacji związanej także z materią i manualnym działaniem. Wciąż chcę uczestniczyć w procesie kształtowania obiektów, więc chyba tak, najbardziej wciąż jestem rzeźbiarzem.

A.J.M.: Pytanie o „przydział” do konkretnej profesji, w Twoim wypadku rzeźbiarskiej, pojawiło się w związku z faktem, że wiele tworzonych przez Ciebie obiektów odznacza się efemerycznością, cechą w potocznym myśleniu niekojarzoną z rzeźbą.

J.J.: Tak, dziesięć lat temu pisałem wręcz, że efemeryczność przeczy istocie rzeźby, której najbardziej pierwotny zamysł wyrasta gdzieś z potrzeby uchwycenia i zatrzymania na dłużej tego właśnie, czego zatrzymać się w gruncie rzeczy nie da. No ale każda próba jest przecież wzniosła…

A.J.M.: No właśnie, jak nastąpiła ta zmiana w postrzeganiu i rozumieniu rzeźby (medium rzeźbiarskiego) od wystawy Kwestia balansu po Pejzaż podręczny? Czy miały na to wpływ eksperymenty malarskie i fotograficzne? A może pytanie należy postawić inaczej? Może nie są dla Ciebie dyscyplinami pomocniczymi?

J.J.: Nie są pomocniczymi, choć pomogły. Uwolniły. Trudno nawet w skrócie o tym powiedzieć. Chodzi o bagaż edukacji, jaki otrzymujesz, i który potem zazwyczaj pogłębiasz i, choćbyś nie chciał, on jakoś zobowiązuje, wpływa na decyzje. Jeśli robisz coś długo, masz w tym swoje potwierdzenia, nagrody i oczekiwania, rzadko decydujesz się na jakiś radykalny zwrot, rozpoczęcie w zupełnie nowym punkcie. Trzon mojej edukacji i rzeźbiarskich doświadczeń zamykał się w paradygmacie modernistycznym. Wiesz, przesiąknięty duchem modernistycznej myśli, mówię tu o zachodnim rozumieniu modernizmu, tak definiowanego gdzieś do końca lat 60., skupionym na samodefinicji, poszukiwaniu istoty i dyscyplinarnej czystości, ja także bardzo się w te rozważania zanurzyłem. Problem polegał na tym, że mieliśmy już nowe stulecie, rzeźba przetrwała kolejne deklarowane śmierci, a artyści, nie zaprzątając sobie głowy dyscyplinarnymi granicami, tworzyli rzeczy bardziej zjawiskowe niż kiedykolwiek. Zbliżyłem się do tej otwartości właśnie poprzez malarstwo. Bez obciążeń, zobowiązań robiłem wówczas coś, co dla części kolegów, profesjonalnych malarzy było niezjadliwe. Pamiętam jeden fajny komentarz: „Janusz, zupełnie nie potrafisz malować… no ale całkiem nieźle dajesz sobie z tym radę”. To było przy okazji zaprezentowania układu obrazów z ławicami. W jednym obrazie plama-ryba do połowy schodziła z płótna na ścianę. Wiedziałem czego i jak poszukiwać, jakie problemy sobie stawiać i to było dla mnie najważniejsze. W naturalny sposób byłem w tej twórczości osadzony w swoim własnym czasie, a nie w czasie moich nauczycieli. To było chyba kluczową sprawą, powrót do „swojego czasu”, do siebie. Pierwszy ważniejszy pokaz to wystawa Rotacje (2004) razem z Justyną Köke. Ona prezentowała obiekty uszyte z czerwonego aksamitnego weluru oraz wideo, a ja rzeźbę i obrazy. Ludzie byli przekonani, że to są jej obrazy… znaczy się, obrazy musiały mieć też dużo więcej pierwiastka kobiecego niż moje rzeźby. Zaprezentowałem wtedy również rzeźbę w połączeniu z fotografią.

Natomiast Kwestia balansu (2008) i Rzeźba – esencje (2010) były ostatnimi prezentacjami w konwencji, którą sobie nazywam late, late modernism. Oczywiście chętnie wracam i nawiązuje, cytuję, kompiluję, nie chodzi o zerwanie z historią czy pozbycie się pewnej wiedzy i doświadczeń, one są bardzo cenne i towarzyszą mi cały czas.

Z perspektywy, działania malarskie pomiędzy rokiem 2003 a 2011 oceniam jako szczególnie oryginalne i wartościowe w całym moim dorobku. Jest to też w sumie jedna ze ścieżek niewykorzystanych i pozostawionych w wyniku pojawienia się nowych wyzwań.

A.J.M.: Gdybyś miał podzielić się z czytelnikami ulubioną maksymą, która najtrafniej oddaje charakter, istotę Twojej twórczości lub stanowi artystyczne motto, byłoby to…

J.J.: Swojego czasu na długo zostało mi w głowie pewne zdanie powiedziane przez Tony’ego Cragga w kontekście potrzeby poszukiwania adekwatnego języka rzeźby. Nie znajdę teraz dosłownego cytatu. chyba z jego tekstu Holland, więc tak przywołam, jak mi się przypomina: „Ja nie śnię w słowach. Śnię w obrazach i kolorach, w zdarzeniach”.

Lubię również myśl z książki Marii Anny Potockiej Rzeźba. Dzieje teoretyczne: „Wszystko, co przestaje naśladować, zaczyna znaczyć” (s. 141). Im dłużej myślę, tym więcej ciekawych rzeczy się przypomina. Kilka razy próbowałem skomponować jakieś motto swojej twórczości, ale szybko zamieniało się to w obfite rozważania na temat istoty i sensu sztuki w ogóle. Od kilku lat towarzyszy mi jednak bardzo ogólna myśl dotycząca sztuki, jak mam nadzieję trafnie wyrażająca sens moich działań, mianowicie, że zawsze jest to sprawa poszerzania granic naszej wyobraźni, naszej zdolności do wyobrażania, do ekspresji abstrakcyjnych uczuć oraz tego, jak wzbogacać język sztuki.

A.J.M.: No i na koniec, chciałabym wspomnieć, że rozmawiamy w momencie intensywnych przygotowań do Twojej indywidualnej wystawy dla Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku i na pewno nie chcesz zdradzać szczegółów, ale może uchylisz rąbka tajemnicy: na jakim etapie rozważań jesteś teraz?

J.J.: Tytuł wystawy to Struktura bieli, będzie do obejrzenia już od 18 stycznia. Wydaje mi się, że jest to moja kolejna próba wizualizacji spójności i napięcia pomiędzy jakimś niewidzialnym porządkiem świata idei, światem umysłu czy może nawet śnienia, a tą rzeczywistością realną, codzienną, doświadczaną przez zmysły, do której konstruowane struktury częściowo się odnoszą. Rzeczywistość snu, jak i ta „dzienna”, zaznacza się zbieractwem małych trofeów – obiektów sennych, które próbuję odtworzyć, lub tych rzeczywistych, czarujących resztek wyciągniętych z natury, zjawiskowo rzeźbiarskich, o inspirującym porządku przestrzennym, czy też odpadów cywilizacji, przetwarzanych przeze mnie w semantycznie nośne „ciała rzeźbiarskie”… a wszystko to oczywiście w kontekście codziennego krzątania się po mieszkaniu.

A.J.M.: Dziękuję za rozmowę

http://www.janczy.com/

Janusz Janczy (@januszjanczy) • Instagram photos and videos