pracownia Magdaleny Lazar i Michaliny Bigaj

Małopolski Instytut Kultury w Krakowie Z Magdaleną Lazar i Michaliną Bigaj rozmawia Martyna Nowicka M.N.: Od jak dawna dzielicie pracownię? Dlaczego (...)

Z Magdaleną Lazar i Michaliną Bigaj rozmawia Martyna Nowicka

M.N.: Od jak dawna dzielicie pracownię? Dlaczego w ogóle zdecydowałyście się na takie rozwiązanie?

Michalina Bigaj: Od kiedy my tu jesteśmy?

Magdalena Lazar: Drugie czy trzecie wakacje?

MB: Chyba jednak drugie, czyli z półtora roku. Najpierw, zanim się tu wprowadziłyśmy, nasze pracownie sąsiadowały ze sobą na Romanowicza, czyli w Telpodzie, w dawnym budynku Krakowskich Zakładów Elektronicznych Unitra. Sytuacja tam wyglądała podobnie do tej tutaj: zaczęły się remonty, trzeba się było wyprowadzać z pracowni w kolejnych częściach budynku. I w pewnym momencie okazało się, że już naprawdę musimy poszukać czegoś nowego.

ML: Łatwiej było znaleźć jedną większą przestrzeń niż pojedyncze klitki, jak na Romanowicza. Stwierdziliśmy, że spróbujemy, zobaczymy, jak nam się pracuje w takich warunkach.



M.N.: Ile osób tu pracuje? Jak to wpływa na jakość Waszej pracy?

ML: Zaczynaliśmy w trójkę – my dwie i Łukasz Podolak, potem dołączyły do nas Ola Braska i Ania Pichura.

MB: Mamy tu taki nieformalny system zmianowy, wprowadzony bez odgórnych ustaleń, ale skuteczny. Rzadko jesteśmy wszyscy naraz, bo każdy ma inne dni i godziny, kiedy lubi tu przychodzić czy ma na to czas.

ML: Ja najchętniej bywam tu wieczorami i w weekendy, kiedy nikogo innego nie ma, naświetlam się ekranem…. Przychodzę wtedy z moim psem i nie muszę się martwić, że młodszy egzemplarz [w trakcie rozmowy po pracowni krąży szczeniak mopsa, pies Łukasza] zostanie pożarty.

MB: Ja z kolei przychodzę raczej rano. Najbardziej regularnie pracują tu Ola i Łukasz, którzy są grafikami, zwykle można ich tu spotkać od poniedziałku do piątku. To oni starają się, żeby był tu względny porządek.


M.N.: To Wasza druga pracownia w postindustrialnej przestrzeni – najpierw pracowałyście w Telpodzie, teraz w Telosie. Czy same budynki wpływały jakoś na Wasze działania?

MB: Zarówno na Romanowicza, jak i tu, mam czasem wrażenie, że jestem w takim akademiku dla dorosłych. Można się zamknąć u siebie, można wyjść na korytarz i spotkać znajomych. Kiedy potrzebujesz pogadać…

ML: Albo pożyczyć szlifierkę kątową…

MB: Właśnie. Ale też po prostu oderwać się, odświeżyć głowę, to wszystko tu jest.

ML: Zarówno na Romanowicza, jak i na Cieszyńskiej jest fajna atmosfera, zawsze można z kimś pogadać albo liczyć na pomoc z wniesieniem czegoś ciężkiego. Nie wszyscy lokatorzy mają tu pracownie, ale sporo osób zajmuje się ciekawymi rzeczami – obok firm zajmujących się różnymi usługami, działa też na przykład kolektyw Technorączka.


M.N.: A jak wygląda podział przestrzeni wewnątrz Waszej pracowni? Nawet jeśli nie siedzicie tu cały czas w piątkę, pewnie trudno tu zachować całkowitą neutralność.

MB: Ja jestem chyba największą winowajczynią, jeśli chodzi o zagarnianie przestrzeni…. Pracownia częściowo zmieniła się w skład prac, dlatego po wyprowadzce stąd będę pewnie szukać i magazynu, i pracowni. A tu wszystko mamy wymieszane, opierałyśmy rzeczy o ściany, jak leci, a ścian już zaczyna brakować…

ML: Jeszcze kolega nam tu wprowadził szafę… Długo mnie tu ostatnio nie było, przez miesiąc byłam na rezydencji w Pradze, przygotowywałam się do obrony doktoratu, a teraz mam wrażenie, że przestrzeń pracowni w tym czasie organicznie się zmieniła, jakoś tak narosło tu sporo rzeczy. Kiedy ostatnio chciałam zrobić zdjęcia, to nie mogłam się ustawić, znaleźć sobie miejsca, natłok osiągnął już ten stopień. Teraz raczej myślę, notuję, siedzę przy komputerze, więc to nie problem, ale kiedy dzielisz pracownię, nie do końca masz kontrolę nad poziomem intensywności wnętrza. W takiej wspólnocie trzeba się umieć dopasować, ale w sumie pracuje mi się tu lepiej niż w Telpodzie, gdzie miałam swoje pomieszczenie, izolacja mi nie służy.


M.N.: Jak praca obok innych ludzi wpływa na Wasze praktyki? Dzielenie pracowni mobilizuje czy raczej zniechęca?

ML: Mnie mobilizuje, a poza tym sporo rzeczy ułatwia. Michalina ma bardzo dużą wiedzę techniczną, zawsze mogę ją o coś zapytać. Łukasz z kolei jest tu regularnie, więc jego obecność sprawia, że czuję potrzebę wzięcia się do roboty. Poza tym zawsze można przegadać swoje pomysły i rozwiązania. No i jest też kwestia osobowości – ja jestem bardzo towarzyska, inni w naszej pracowni też. Ale mam przyjaciół, którzy w ogóle nie odnaleźliby się w takim systemie, lubią mieć kontrolę nad wszystkim, co się dzieje w pracowni.

MB: W trakcie studiów na Wydziale Rzeźby na ASP w Krakowie mieliśmy w pracowni bardzo mało miejsca. Tak mnie to irytowało, że kiedy pracowałam nad „Dianą”, wyliczyłam ile miejsca przypada na studenta i taśmą wyznaczyłam na podłodze granice swojej przestrzeni. Potrzebowałam poczucia, że pracuję u siebie. Na Erasmusa pojechałam do Berlina, gdzie były zupełnie inne warunki – mieliśmy tyle samo miejsca co w Krakowie, dzieliliśmy je jednak między trzy osoby. To zresztą była najpiękniejsza z moich pracowni – przeszklony dach obrośnięty bluszczem, podłoga z drewnianych klocków, a do tego 24-godzinny dostęp. Pozornie: idealne warunki, wreszcie wystarczająca ilość miejsca, ale okazało się, że brakuje mi tego krakowskiego gwaru i innych ludzi.


M.N.: A gdzie siadacie, kiedy już tu jesteście?

ML: Całe pomieszczenie, jak widzisz, ma dwie części – komputerową i roboczo-techniczną. W tej drugiej pracują głównie Michalina i Ania, ja raczej tylko wtedy, kiedy pracuję nad jakąś wystawą.

MB:  Teoretycznie jest podział, każdy ma swoje miejsce przy stole, tylko ja ostatnio skapitulowałam i pracuję raczej na kanapie. Jeśli robimy tu coś większego, to staramy się to sprawnie przeprowadzać i szybko kończyć, żeby nie zabierać za dużo miejsca. Po niespełna dwóch latach to przestaje wystarczać. Niedługo zaczynam realizować większy projekt i zdałam sobie sprawę, że im więcej rzeczy jest dookoła mnie, tym mniej mam energii do pracy.


M.N.: Pojawiacie się w pracowni regularnie?

MB: Nie mogę powiedzieć, żebym przychodziła tu regularnie – czasem nie ma mnie tygodniami, bo zajmuję się innymi rzeczami. Tu pracuję nad kolejnymi obiektami, ale kiedy myślę, jestem w fazie koncepcyjnej, czasem łatwiej mi się tym zajmować z domu.

ML: W zeszłym roku widziałyśmy się na działce na Dębnikach, tam wtedy pracowałam i się uczyłam. Pracownia jest mi potrzebna, kiedy wpadam w ciąg pracy nad kolejnym filmem czy czymś innym; wtedy mogę tu siedzieć nocami. Ale bardzo rzadko jestem tu od 8 do 16.

MB: Obie mamy też prace, które zajmują sporo czasu [Magdalena Lazar w Katedrze Grafiki i Rysunku na Uniwersytecie Pedagogicznym, Michalina Bigaj w Katedrze Projektowania Architektoniczno-Rzeźbiarskiego na Akademii Sztuk Pięknych]. Fajnie by było móc tu przychodzić codziennie, zastanawiać się na spokojnie, a tak raczej tu wpadam, żeby odpisać na maile związane z pracą twórczą, ciężko mi się za to zabrać w domu.


M.N.: Od razu po studiach wynajęłyście pracownie?

MB: Ja przez dwa lata obywałam się bez, chociaż wiedziałam, że chcę pracować twórczo, nie zmieniam zawodu. Jedną wystawę przygotowałam w domu, bardzo mnie to wymęczyło i nie miałam wątpliwości, że potrzebuję swojej przestrzeni, gdzie będzie łatwiej o skupienie.

ML: Praca z domu kończy się zawsze tak samo: trzeba zrobić pranie, wbić jakiś gwóźdź, a potem okazuje się, że siadam do biurka dopiero, jak umyję wszystkie podłogi. Tu nie ma tego problemu, podłoga może jest popękana i brudna, ale nie czuję tej wewnętrznej potrzeby doprowadzania pomieszczenia do idealnego stanu, zanim zacznę coś robić. Zaraz po studiach miałam pracownię w domu, ale wykurzył mnie stamtąd były chłopak. Wtedy byłam oburzona, ale teraz wiem, że to był konieczny ruch, jestem mu za to wdzięczna.


M.N.: Obecność w pracowni zobowiązuje?

MB: Pomaga uzmysłowić sobie i innym, że sztuka to też praca. Istnienie pracowni w pewnym sensie legitymizuje praktykę i nawet, jeśli pracuję tu z przerwami, to pomaga mi to uświadomić sobie, że tworzenie jest procesem.

ML: Dzięki pracowni łatwiej także myśleć o sztuce na poważnie – skoro podejmujesz takie zobowiązanie, płacisz czynsz, to już nie jest hobby. Kiedy mówię, na przykład mojej rodzinie, że pracuję tu, to jakoś łatwiej im zrozumieć, że te abstrakcyjne i niepojęte działania, to moja praca. Trzy czwarte mojej rodziny pracuje w gazowni, więc sam fakt, że wychodzę, żeby coś zrobić, zmienia ich podejście.

MB: Mój tato chyba uważa, że to najbardziej zbytkowny wydatek w moim życiu. Ale czasem nawet ja nie zdaję sobie sprawy z tego, ile tu jest rzeczy, a co dopiero inni ludzie.

ML: We mnie jest lęk przed gromadzeniem dzieł sztuki. Wyrzucam, oddaję.

MB: W zrywach!

ML: Także dlatego, że nie wyobrażam sobie przewożenia prac tutaj. Wolę się pozbyć, zniszczyć, niż zajmować transportem.

MB: To jest realny problem. Teraz się cieszę, że zaraz wyjadą stąd zdjęcia, że na razie nie ma moich największych prac, ale i tak za dużo tu gotowych rzeczy, a za mało miejsca do pracy.


M.N.: No właśnie, jak to zbilansować – ile miejsca w pracowni powinny zajmować gotowe rzeczy, ile poświęcić na coś nowego? Magazynowanie to przecież także inwestycja na przyszłość.

MB: Chciałabym, żeby gotowe rzeczy na siebie pracowały, żeby jeździły na wystawach, a nie leżały tu czy w magazynie. A jednocześnie specyfika mojej pracy jest taka, że często tworzę cykle, nie lubię pokazywać wyrwanych z kontekstu fragmentów, a na wystawach zbiorowych rzadko mogę zaprezentować całość. Z kolei wystawy indywidualne to zawsze bodziec, żeby zrobić coś nowego, wolę go wykorzystywać. Patowa sytuacja, bo ilość prac składowanych rośnie, a ja i tak chcę robić ciągle nowe rzeczy.

ML: Ja mam do dzieł zupełnie inny stosunek niż Michalina. Owszem, uwielbiam pracować w wielkich formatach, ale najchętniej tylko na chwilę. Tak było w Bunkrze Sztuki, na wystawie „Coś zostało”, na którą składało się 7 ton piasku i wentylatory. Tak powstał też „Wąwóz”, który pokazywałam w Szarej Kamienicy. Wielkoformatowe prace, które zbudowałam z myślą o konkretnych przestrzeniach są efemeryczne, trudno je transportować. Ale zdarzało mi się też utylizować mniejsze obiekty, żeby tylko ich nie przewozić. Takie podejście towarzyszy mi od zawsze, ale po ostatniej wyprowadzce jeszcze się nasiliło. Rzeczy są dla mnie balastem, nie wyobrażam sobie gromadzenia swoich prac przestrzennych, tylko fotografie stoją tu gdzieś oparte o ściany. Nawet kurtynę z kombuchy po mojej ostatniej wystawie zostawiłam na razie w galerii, cieszę się, że ktoś inny opiekuje się tą kruchą tkanką.


M.N.: Z Twojej opowieści wyłania się dosyć radykalny obraz praktyki artystycznej.

ML: Tak. Nawet z plikami mam podobnie, ostatnio udostępniłam moje filmy na imprezę techno, wcześniej były wykorzystywane do ćwiczeń w Centrum Kosmicznym w Pile. Cieszę się, kiedy moje prace żyją, krążą, niekoniecznie w kontekście artystycznym. Robię rzeczy i je wypuszczam.

MB: Mój neon też pokazywałam na imprezie techno, ale w sumie nie lubię, kiedy moje prace są wyrwane z kontekstu. Mam wrażenie, że poza cyklem tracą część sensów, lubię mieć kontrolę nad tym, jak są pokazywane, boję się, że ktoś je zniszczy. Podświadomie często decyduję się tworzyć rzeczy, które wymagają mojej obecności podczas montażu. Mam świadomość, jak łatwo przypadkiem uszkodzić pracę, nad którą spędziłam sporo czasu.


M.N.: Czy charakter pracowni wpływa na kształt Waszych prac?

MB: Patrząc nie tylko na swoje prace, ale też na to, co tworzą znajomi, powiedziałabym, że najczęściej w dziełach odbijają się rozmiary pracowni: trudno przygotować naprawdę dużą rzeźbę, pracując w niewielkim pomieszczeniu. Ale potem myślę o pracy z cyklu „Disingenuous Nature”, którą pokazuję w MOCAK-u, ona powstała wbrew tej zasadzie… Moja pracownia miała 14 m2, a rzeźba zajmuje 12 m2 podłogi: zostawiłam sobie po 40 cm z każdej strony, żeby móc ją zrobić, niewiele to ma wspólnego z rozsądkiem.

ML: Nie widzę jakiejś większej różnicy, pewnie dlatego, że – jak już mówiłam – większe pracę tworzę zwykle dla i w konkretnej przestrzeni, gdzie mają być wystawiane.


M.N.: Wasz czas na Cieszyńskiej powoli dobiega końca, gdzie będziecie pracować po wyprowadzce? Nie ma już w Krakowie kolejnych położonych centralnie postindustrialnych budynków…

MB: Ja pierwszy raz wynoszę się stąd już niedługo, w sierpniu będę zajmować studencką pracownię na Wydziale Rzeźby. Niedawno dowiedziałam się, że dostałam finansowanie na realizację pomysłu, który od dawna za mną chodzi, związanego z zapachami. Pierwsza część będzie polegać na wykonaniu sporej rzeźby terenu: nie zmieściłabym się z tym w naszej przestrzeni. Potem fizycznie obiekt zostanie na Akademii, a ja zajmę się kolejną częścią, albo tu, albo już w domu.

ML: Dopuszczamy do siebie myśl, że może nie przeniesiemy się z jednej pracowni do drugiej. Bardziej zależy nam na tym, żeby znaleźć coś, co spełnia nasze potrzeby, najchętniej pracownię z przestrzenią wspólną i dwoma osobnymi pomieszczeniami. W tym roku starałyśmy się o miejską pracownię, która miała właśnie taki układ… Podobno niewiele nam zabrakło, ale niestety się nie udało. Będziemy jeszcze próbować!


M.N.: A miejskie pracownie nie są przyznawane raczej artystom starszego pokolenia?

MB: Wcześniej faktycznie tak było, od zeszłego roku nastąpiła zmiana. Nadal jednak pracowni jest trochę, a chętnych bardzo dużo, chociaż wynajem wiąże się też z zobowiązaniami. Każdy najemca jest zobowiązany własnym sumptem wyremontować całą listę rzeczy – czasem wymienić okna, czasem instalację elektryczną. Naszemu koledze zaproponowano piękną przestrzeń, ale okno dachowe jest niestabilnie osadzone, a dach przy łączeniu jest nieszczelny… Za to umowy są bezterminowe, a czynsze niskie.

ML: A poprzemysłowych budynków w sensowych lokalizacjach jest coraz mniej. Większość firm, które pracują w Telosie przeniesie się teraz na Rybitwy, ale dla nas to nie jest dobre rozwiązanie: to za daleko, żeby dojeżdżać po pracy. W każdym razie przyszłość naszej pracowni pozostaje nieznana.